Work-life balance – mit i kolejny nikomu niepotrzebny slogan

6111229558_2a275ab673_b

Termin work life-balance został użyty pierwszy raz pod koniec lat ’70 ubiegłego wieku w Wielkiej Brytanii, pod drugiej stronie oceanu w roku 1986. Natomiast samo rozdzielenie pracy od rozrywki zostało wynalezione w połowie XIX wieku. O co w tym chodzi? Idea ta zakłada umiejętne ustalanie priorytetów pomiędzy życiem zawodowym, a prywatnym. Z tym pierwszym związana jest kariera oraz ambicje, z tym drugim: zdrowie, rodzina, rozwój duchowy oraz rozrywka. Na pierwszy rzut oka – brzmi rozsądnie. Niestety nie. Balans pomiędzy pracą, a życiem prywatnym jest mitem. Tezę tę rozwinę, i mało tego – obronię!

Jeśli mowa o tym konkretnym balansie nie sposób nie wspomnieć o technologii. Jej rozwój spowodował, że pracownik jest dostępny dla firmy, w której pracuje całą dobę przez siedem dni w tygodniu. Zadania, które wykonuje nie wymagają jego fizycznej obecności w biurze – jeśli jest pracownikiem umysłowym – a w tę stronę zmierza zachodni świat. Pracowników fizycznych – rzemieślników jest coraz mniej, a ich praca zastępowana jest przez automatyczne roboty. Czy trend ten jest dobry, czy zły – o tym być może innym razem. Wracając do głównego wątku – powszechna dostępność internetu oraz telefonów komórkowych sprawia, że pracownik taki może być niepokojony o każdej porze dnia i nocy, w każdy możliwy dzień. Dodatkowym czynnikiem nasilającym to zjawisko jest globalizacja. I może się na to obrażać, bądź nie. W zależności od tego jaki ma stosunek do pracy.

I niech mi ktoś powie, że gdy dzwoni współpracownik, lub szef po godzinach pracy i prosi ładnie o pomoc, lub chce uzyskać jakieś informacje to mu mówi: jutro rano. Nie uwierzę. Albo, że nie odpisuje na maile po kolacji, albo, że ich nie sprawdza przed śniadaniem – na zasadzie, czy nie stało się coś ważnego, a jeśli się stało to jak to obsłużyć i w jaki sposób zaplanować sobie dzień. Technologia i globalizacja zmieniły wszystko. Osobiście nie widzę nic złego w tym, że siadam do kodowania między dwudziestą, a północą – mało tego, lubię to – nikt mnie nie nęka werbalnie i mam okazję popracować w spokoju – takie sytuacje też nie są jakoś niesamowicie częste – poza pracą mam bloga, kilka pasji – o to też trzeba dbać.

Wracając – pracownik może traktować swoją pracę jako obligatoryjną i oddzielną część swojego życia, a czas na nią poświęcony jest brutalnie wykrojony z jego planu dnia. Czy takie podejście w ogóle ma sens? Nie bardzo. Obligatoryjność powoduje, że nie czuje on, że jest panem własnego losu, że nie ma nad nim kontroli. To budzi frustracje, frustracje te przelewają się na jego życie prywatne powodując ich wzmocnienie – i tak do momentu, w którym nie pęknie i nie będzie potrzebował pomocy psychologa. Zupełnie przeciwnym podejściem jest traktowanie pracy jako części swojego życia – kiedy tego podziału nie ma, a życie i praca stają się spójną całością. Tu wchodzimy w definicję sukcesu. Należy sobie uświadomić, że sukces znaczy co innego dla każdego z nas, ale jedno jest wspólne: cele do osiągnięcia muszą być wybrane przez nas samych. Ten sukces musi być zdefiniowany w środku. W pierwszym podejściu – nie ma mowy o tym sukcesie, w drugim – Twoja praca jest elementem układanki.

Nasza definicja sukcesu oraz droga do jego osiągnięcia dotyka ludzi, którzy przebywają wokół nas. Żona, czy mąż, dzieci, przyjaciele – relacje interpersonalne z tymi ludźmi wpływają bardzo istotnie na jakość życia. I o tym nie należy zapominać, w jednym z artykułów, który znajdziecie w bibliografii, Ryan Smith (współzałożyciel Qualtrics) mówi tak: Każdego tygodnia badam różne kategorie mojego życia: jako ojciec, CEO, mąż, jako ja – i identyfikuję akcje, które pomagają czuć mi się pełnym sukcesu. Ten cotygodniowy rytuał pomaga mi poczuć, że robię wszystko co w mojej mocy by spełnić moje potrzeby i potrzeby tych, którzy są wokół mnie. Dalej mówi, że dzięki temu ciężko o sytuacje, w których straci coś z pola widzenia. Ten paragraf zakończę górnolotnie:

Jeśli Twój sukces został osiągnięty nie na Twoich własnych warunkach i dobrze wygląda z zewnątrz (dla świata), ale nie czujesz tego we własnym sercu – to nie jest to w ogóle żaden sukces.

Anna Quindlen

No tak znów wyszło na to, że krytykuję i nie podaje rozwiązań. Rozwiązanie jest całkiem proste – zamiast skupiać się na balansie pomiędzy pracą, a życiem prywatnym należy dbać o efektywność życia oraz pracy – nie wiem jak to by przełożyć dobrze na polski, ale w angielskim to będzie: work-life effectiveness. Praca oraz życie prywatne powinny być po jednej stronie barykady – tam nie powinno być miejsca na walkę. Postawa taka oraz cele, które osiąga się na takiej drodze (holistycznie) powodują, że człowiek po prostu czuje się lepiej. Kolejnym punktem będzie odzyskanie kontroli. Idzie się do tej pracy i wykonuje polecenia przełożonego jak jakiś baran, czy osioł. Nie jest to budujące. Praca jako własny wybór, który prowadzi do osiągnięcia celu – o to się rozchodzi.

Ważnymi elementami efektywności, o której mowa powyżej jest czas na naładowanie akumulatorów. Podejścia mogą być różne – sport, słuchanie muzyki w ciszy i samotności na dobrym sprzęcie audio, czytanie – niech to będzie 15 minut dziennie, ale niech będzie. Czas dla siebie, na złapanie dystansu – w efekcie zwiększa ogólną skuteczność, czy to w życiu, czy w pracy.

I na sam koniec. Każdy z nas ma jakieś predyspozycje, jedni są ekstrawertyczni, inni introwertyczni, jedni aspołeczni zupełnie, inni błyszczą i przyciągają ludzi do siebie. Dla jednych relacje interpersonalne są ważne, dla innych w ogóle. Jedni dobrze radzą sobie z liczbami, inni nie. Jedni potrzebują ciszy i spokoju, inny mogą pracować w hałasie. W związku z tym – należy tak długo szukać, aż nie znajdzie się pracy, która pasuje do nas. Kiedy jej charakter nam odpowiada i kiedy czujemy, że ta praca może być spójnym elementem naszego życia. Oczywiście to ciężko osiągnąć nie definiując celów i własnego pojęcia sukcesu – od tego należałoby zacząć, ale ta definicja może przyjść sama – wystarczy spróbować dostatecznie dużej liczby wariantów. Ale by to zrobić – trzeba ruszyć dupę sprzed facebooka 😉

Some anthropologist said that one definition of happiness is to have as little gap as possible between your work and your play.

Paul Krassner

Zdjęcie: Rilind Hoxha / Foter / Creative Commons Attribution-NoDerivs 2.0 Generic (CC BY-ND 2.0)

Bibliografia

  1. Nie chodzi o work-life balance.
  2. Mit work-life balance.
  3. Streszczenie wywiadu z Sheryl Sandberg – ówczesną COO Facebooka, w 2012 roku na liście najbardziej wpływowych ludzi magazynu Time.
  4. Wikipedia.
 

opalczynski

Siła. Masa. Piękno. Tak to się kończy, gdy mam napisać coś o sobie. Nie lubię. Po pierwsze - w momencie pisania staje się już nieaktualne. Po drugie - jak nie wyjść na buca? - niejako chwaląc się swoimi wyczynami. Podam zatem fakty. Magister inżynier. Ale to prawie żadne osiągnięcie. Zawodowo programista. Prywatnie mąż i ojciec. Bloger. W wolnym czasie dbam o to miejsce w sieci, czytam książki i pogrywam na gitarze. A, zapomniałbym - nie mam telewizora - dlatego też nie piszę o wspaniałych produkcjach polsatu.

 

3 thoughts on “Work-life balance – mit i kolejny nikomu niepotrzebny slogan

  1. ” Nie uwierzę. Albo, że nie odpisuje na maile po kolacji, albo, że ich nie sprawdza przed śniadaniem – na zasadzie, czy nie stało się coś ważnego, a jeśli się stało to jak to obsłużyć i w jaki sposób zaplanować sobie dzień.” Wanna bet? 😛
    Nie ma internetu w domu, m.in. właśnie dlatego. Czy to znaczy, że wychodzę z pracy i mogę się wyłączyć? Nie, ale mogę na spokojnie (i niejako w tle) przemyśleć projekt nad którym pracuję.
    Te nerwowe maile (deadline, ASAP itd) tylko człowieka rozpraszają.

    1. Zdrowy rozsądek przede wszystkim 🙂 Czytasz i oceniasz – czy odpowiedź jest potrzebna natychmiast. Jeśli jest to kwestia tak/nie – i Ty masz wiedzę, to odpowiedź zajmuje 3 sekundy – czemu jej nie napisać? Jeśli może poczekać – czeka. A ASAP, deadline – są nadużywane. Ale Ty to przecież wiesz 😉

  2. To wychodzi na to, że work-life balance zawsze kojarzyłam mniej wiecej z tym, z co Ty okreslasz mianem work-life effectiveness. A ‚mniej więcej’ to dlatego m.in, że nie uważam, iż sprawdzanie maila po ’18’ lub w weekendy jest wskazane- chyba, że ktoś ma zawód stricte freelancerski lub pracę, gdzie zdarzają się częste ‚katastrofy’. Można bardzo lubić swoją pracę, ale trzeba dac sobie, jak to zauwazyles, czas na naładowanie akumulatorów 😉

Dodaj komentarz