Jack „The Genius” White

jw

Wpis spontaniczny, nie poprzedzony kilkudniowym planowaniem. Otóż wracając z zajęć na uczelni wpadłem do empiku (nie, to nie jest wpis sponsorowany) i zakupiłem nowy album Jacka White’a – Lazaretto. A słuchając albumu w moim niezbyt pięknym (ale jeździ) SUV-ie, pomyślałem sobie, że dobra muzyka jeszcze żyje i ma się dobrze. I może będę zbytnim optymistą: ma się coraz lepiej.

Pauza! Odpalcie klip i go obejrzyjcie – piękno w czystej postaci.

Kim w ogóle jest Jack White? Jeszcze jakieś cztery lata temu nie wiedziałem. Urodzony w 1975 roku muzyk, multi-instrumentalista (wydarzenia tu prezentowane nie będą ciągiem zdarzeń w porządku chronologicznym). O jak ja sobie życzę (Wam też) by w wieku lat niemalże czterdziestu móc się pochwalić przynajmniej jedną czwartą ilości dorobku, którą wytworzył White – z przyczyn oczywistych to wcale nie musi być muzyka. Ponadto White grywa w filmach, jest też producentem muzycznym, a zdarza mu się nawet pisać – niekoniecznie do poduszki. Ostatnio jest o nim coraz głośniej, a już naprawdę niewiele brakuje do statusu mega-gwiazdy. Pocieszające jest to, że nic mi nie wiadomo o tym, by White zrobił karierę opartą na pokazywaniu cycków, czy pośladków. Jasne, że bywa dziwny i ekstrawagancki – ale tego w jakimś stopniu oczekujemy od artystów.

A jak poznać Jacka White’a? Po brudnej gitarze! I nie chodzi o to, że korpus brudny od potu – chodzi o brudne brzmienie, które jest charakterystyczne dla White’a razem z jego stylem gry powstaje mieszanka, której nie da się pomylić z niczym innym.

W 2008 roku nagrał piosenkę wespół z Alicią Keys – Another Way to Die – w moim osobistym rankingu wypadłaby w pierwszej piątce pośród wszystkich piosenek z Bonda. Posłuchajmy.

W 2013 zaś nagrał piosenkę na soundtrack Wielkiego Gatsbiego: Love is blindess . Piosenka jest coverem U2, według mnie interpretacja Jacka miażdży oryginał. Oczywiście podzielę się linkiem.

Dobra, dobra ale skąd się Jack wziął? Zaczynał w The White Stripes. I nie wyobrażam sobie, że nie kojarzycie jednego z najlepszych motywów gitarowych (a dokładniej rzecz biorąc: basowych, natomiast gitara gra tam to samo tylko w innej pozycji) wszech-czasów (biorę to na klatę – wszech-czasów!). Zatem teraz Seven Nation Army. A to było w roku 2003.

Równolegle z White Stripes – a rozeszli się w roku 2011, White został liderem kolejnej grupy – The Raconteurs. Aktywni w latach 2005-2011, i także tam Jack nagrał numery co najmniej imponujące. Steady as she goes.

Co Jack robi ostatnio? To, co potrafi najlepiej – tworzy muzykę. W tej chwili wydał drugą solową płytę Lazaretto.
Oceny we wszystkich znaczących magazynach muzycznych wahają się od 7 do 9 na 10. Wraz ze znajomym melomanem stwierdziliśmy, że Jacka można kupować w ciemno, a jego płyty powinny zasilić audiotekę każdego szanującego się kolekcjonera i słuchacza. Pierwszy link był z Lazaretto, ale przytoczę jeszcze jeden – Jacka nigdy za wiele – utwór tytułowy: swoją drogą teledysk też bardzo przyjemny dla oka.

Kiedy Blunderbuss – pierwszy solowy album White’a zostaje nominowany do albumu roku Grammy w roku 2013 (niestety nie wygrywa), myślę sobie, że nie jest źle, że jeszcze nie wszystko stracone, i że jeśli ktoś bardzo chce to stworzy i nagra dobrą muzykę.

Z Blunderbuss tylko dwa numery: Freedom at 21 oraz I’m Shakin’ – nominowany w kategorii najlepszy teledysk – polecam obejrzeć (Grammy 2013).

I mógłbym Wam powiedzieć, że to koniec – ale nie, od 2009 roku White gra w The Dead Weather – i tu zebrała się zgraja muzyków nietuzinkowych. Multi-instrumentalista z Queen of the stone age – Dean Fertita, wokalistka z The Kills – Alison Mosshart oraz Jack Lawrence z The Raconteurs. I postanowili pograć blues – lub jego bliżej niesprecyzowaną odmianę. A tu z kolei Jacka można zobaczyć jak gra na perkusji i śpiewa.

Zatem The Dead Weather:

A dalej kopcie sami (teksty też przekopcie). Bo warto. A jeśli jeszcze nie znasz Jacka White’a to ja Ci mówię, że znać wypada. Chad Kroeger może mu czyścić buty, mimo, że generuje hity na zawołanie.

Dla użytkowników spotify utworzyłem listę.

Zdjęcie: Tym razem produkcji własnej.

 

opalczynski

Siła. Masa. Piękno. Tak to się kończy, gdy mam napisać coś o sobie. Nie lubię. Po pierwsze - w momencie pisania staje się już nieaktualne. Po drugie - jak nie wyjść na buca? - niejako chwaląc się swoimi wyczynami. Podam zatem fakty. Magister inżynier. Ale to prawie żadne osiągnięcie. Zawodowo programista. Prywatnie mąż i ojciec. Bloger. W wolnym czasie dbam o to miejsce w sieci, czytam książki i pogrywam na gitarze. A, zapomniałbym - nie mam telewizora - dlatego też nie piszę o wspaniałych produkcjach polsatu.

 

Dodaj komentarz