Ludzie listy piszą – a dokładniej Stanisław Lem do Michaela Kandla

Jak zwykle unikam formy, która kształtem przypomina recenzję. Na dobrą sprawę moja opinia o książce, której fragmenty przedstawię – jest do pominięcia. A subiektywny blog opiniotwórczy – jedynie mrzonką autora. Moim zadaniem tu jest wybrać i w możliwie najbardziej atrakcyjny sposób przedstawić fragmenty, by chciało Wam się sięgnąć po tę pozycję, a uważam, że warto. Tytuł to: Stanisław Lem – Sława i Fortuna, Listy do Michaela Kandla 1972-1987.

Stanisława Lema przedstawiać nikomu nie trzeba. Michael Kandel zaś to amerykański tłumacz, który w sposób kongenialny przekładał dzieła m. in. Lema. Urodzony w 1941, dwadzieścia lat młodszy od swego rozmówcy – przez co, mimochodem wytwarza się między nimi relacja mistrz – uczeń, lub jak ktoś woli: ojciec – syn. Michael nadal żyje, ma się dobrze, tłumaczy też Jacka Dukaja i Andrzeja Sapkowskiego. Ukończył slawistykę na uniwersytecie w Indianie.

Redaktorzy książki, co interesujące, postanowili nie publikować listów Kandla – gdyż według nich jest nieporównanie mniej aktywny niż Lem, i jak piszą: poprzestali na słabym odbiciu tej partii duetu w dominującym dyskursie Lema. Pod koniec wymiana listów nie jest już tak intensywna, a to dlatego, że Lem dość brutalnie skrytykował próby literackie Kandla. Przez ostanie sześć lat wymiany listów – było ich jedynie kilka. Potem – ustała zupełnie.

Można zapytać: dla kogo ta książka? Otóż, co dość oczywiste, dla: lemofilów i lemologów. Poza tym dla wszystkich tych, którzy na co dzień lub hobbystycznie mają do czynienia z językiem, a tematyka przekładów ich interesuje. Ponadto dla ludzi zainteresowanych filozofią, w szczególności ontologią – bo tego aspektu w twórczości Lema pominąć nie można.

Można też zapytać: o czym jest ta książka? Tu pomaga nam fragment wstępu napisany przez Jerzego Jarzębskiego (postać nierozerwalnie związana ze Stanisławem Lemem, krytyk i historyk literatury):

Na pozór jednak korespondencja z Kandlem to opowieść o sukcesie, o tym, jak nie sprzeniewierzając się wymogom intelektualnej rzetelności i artystycznej doskonałości, można coraz wyżej podnosić poprzeczkę czytelnikom, a jednocześnie nie rezygnować z milionowych rzesz odbiorców, sławy wśród elit – i nawet pieniędzy, które przychodzą nieco później, ale w ilościach więcej niż zadowalających. A przecież opowieść Lema nie jest radosna: to wszystko dzieje się bowiem na przestrzeni jednostkowego, skończonego życia, które wypełnione jest chorobami, rozczarowaniami, stopniowym osłabieniem wiary w potrzebę twórczości. Zarazem pojedynczy ludzie i całe społeczeństwa obnażają przed nami swe najgorsze cechy, historia zdaje się zawodzić wciąż nasze oczekiwania, zagadki świata nie znajdują definitywnych rozwiązań, a w miejsce Boga opiekuna ludzkości, w którego nie sposób uwierzyć, wchodzi pustka daremnie szukająca dla siebie – i dla nas – wypełnienia. Wszystkie te tematy – wielkie tematy pisarstwa Lema – są mniej lub bardziej obecne w listach do Michaela Kandla.

Książki takie, ciężko czytać od deski do deski, trzymając się chronologii wydarzeń (tj. kolejności listów) – dużo wygodniej otwierać w losowych miejscach i szukać ciekawych fragmentów – co zrobiłem pisząc ten tekst. W taki sposób Lem pisze o jakości przekładu:

Autonomicznej wartości przekładu w pełni nie może ocenić ten, kto zna dobrze oryginał, ponieważ mu ten oryginał w lekturze jakoś współbrzmi z tekstem obcojęzycznym i przez to wykrywa się tylko grubsze odchylenia od pierwowzoru. Ponadto żeby ocenić jakość stylizacji trzeba język przekładu znać „od środka”, czyli „czuć” go, a nie tylko rozumieć: ja angielskiego nie znam. Niemniej wydaje mi się, że najlepsza Pana praca to przekład opowiastki o maszynie, co robiła wszystko na N2. Te moje gry językowe są niewątpliwie krzyżem pańskim tłumaczy. Przekład Cyberiady francuski [chodzi o tłumaczenie L. Makowskiego wydane w Paryżu w 1968] jest czymś strasznym, że trudno uwierzyć, a mimo to, nie wiem czemu, został wznowiony.

Lem lubił krytykować i nie bał się o tym pisać. I tak o SFRA (The Science-Fiction Research Association) pisze tak:

[…] SFRA wydawała mi się poważnym projektem na fali rosnącego zainteresowania kół akademickich w Stanach, w ogóle w Ameryce, fantastyką „naukową”. Tymczasem widzę, że pp. akademicy starają się nie urażać nikogo, z wszystkimi sławami ghetta SF żyć w miłej zgodzie, wymijając wszelkie szanse zadrażnień; to się udać nie może, przynajmniej jeśli o mnie idzie […]

O Asimovie:

Wyznaję za to, że do całej SF amerykańskiej jestem rozczarowany i że to rozczarowanie obejmuje też Asimova. Uważam go bowiem za tak zwanego spłyciarza: jego literackie utwory są w zakresie paradygmatyki naukopochodnej grubymi simplifikacjami: Asimov biochemik WIE znaczniej więcej niż Asimov pisarz.

I o sobie:

[…] sytuacja ta jest zarazem delikatna dlatego, ponieważ wypada rozgraniczyć obowiązki wypływające z „wierności” w tłumaczeniu i z suwerenności w literackiej krytyce: no, bo przecie nie wszystko, co napisałem, to są same arcydzieła!

Osobiście z tym ostantim – bym dyskutował. I dalej jest autorefleksja:

Szkoda, że podczas bytności w Polsce Pan się ze mną nie skontaktował, bo nie jestem taki nieużyty, jak to o mnie, wiem, mówią. Po prostu uważam, że na mielenie sieczki i przelewanie z pustego w próżne szkoda w tym krótkim życiu czasu.
[…] Niewątpliwie moje książki teoretyczne poważnie zyskałyby na tym, gdybym je był w stanie wszystkie raz jeszcze pisać, ale ze względów po prostu biologicznych nie mogę sobie na to pozwolić.

O trudnych fragmentach życiorysu Lema w ogóle nie wiedziałem. Mianowicie, okazuje się, że Solaris pisał mając wszelkie objawy choroby wieńcowej: silne i długotrwałe bóle, promieniujące do ręki, do łopatki, bolesność skóry nad sercem na piersiach i na plecach. I tak pisze Lem o tym, jak wtedy ratowała go praca:

Umierałem wiele razy, tj. antycypowałem to, co mnie czeka, i jedyną pociechą stała mi się w końcu praca. Z mojej bibliografii, tj. z jej chronologii, owa strefa wyczytać się nie daje, ponieważ po kilku miesiącach samozjadania się postanowiłem pisać dalej i pisałem. (Nb. pisałem również potem, gdy miałem tzwanego półpaśca, a to jest jedno z najbardziej bolesnych, jakkolwiek nie niebezpiecznych cierpień, jakie zna medycyna – pisałem wtedy półnago, ponieważ nie mogłem wytrzymać nawet dotknięcia koszuli na piersi, ale to inna historia). Oczywiście bałem się, ale tylko okresami – ciekawa rzecz, były okresy, w których traktowałem śmierć z całkowitą obojętnością, jak i takie, w których wprawiał mnie ów stan w panikę (albo w panikę plus wściekłość, głównie ponieważ była to przeszkoda w wykorzystaniu pozostającego czasu). Praca uratowała mnie psychicznie, to niewątpliwe, jakkolwiek na same dolegliwości nie miała żadnego wpływu.
[…] (Z sercem jeszcze ta osobliwość, że mamy je na ogół za narząd delikatny, toteż wielomiesięczne, nieustające bóle wysokiej intensywności kompletnie podcinają człowieka, bo nie chce się wierzyć, aby ów „delikatny organ” mógł to przez dłuższy czas wytrzymać; ponadto bóle te, kiedy słabły, przecież trwały, udaremniając zapomnienie o sprawie). Napisałem wtedy m.in. Solaris i miałem wrażenie, że pisałem jak ukrzyżowany, ale jakoś tego po tekście nie poznać.

W jednym z listów Lem zastanawia się dlaczego niektóre książki podobają się niektórym, a innym nie, oto do jakich wniosków dochodzi:

To, czemu jedna rzecz (myślę o literaturze) podoba się jednym, a drugim za cholerę nie, zawsze dość mnie frapowało, przy założeniu wstępnym, że chodzi o taki zbiór czytelników, któremu generalnie wyrażam pełne zaufanie, i zakładam tego zbioru rozumność i wrażliwość, a więc kompetencję. Ja sobie myślę powolutku, że szczególniejsza atrakcja, preferencja wynika z rezonansu w duszy czytelnika z tekstem, rezonansu, w którym istotną rolę odgrywają jakieś elementy („struktury”) nieświadome, nieuświadomione, akurat tego samego typu (ale nie tego samego pochodzenia!), które sprawiają, że się konkretnemu mężczyźnie podoba na ogół pewien konkretny typ kobiety i on tego nie umie uzasadnić (uzasadnienia są zawsze wtórną racjonalizacją pierwotnego pociągu). Tekst pobudza nam w duszy coś, co tam grało, ale tak cichutko, żeśmy sami nie mogli w sobie tego usłyszeć. Na poważna hipotezę tego za mało oczywiście, ale myślę, że coś w tym jest.

Ostatnie dwa fragmenty i kończymy na dziś. Pierwszy o przyjaźni, i proponuję ją dobrze zrozumieć i w życiu stosować:

Skoro słowo „przyjaźń” padło już między nami, ono obowiązuje: a rozumiem to tak, że znajomym godzi się mówić tylko rzeczy MIŁE, przyjaciołom natomiast – TAKŻE i przykre. Zbywa Panu najbardziej na CIERPLIWOŚCI, a powiedzmy wyraźnie, bez cierpliwości osła nie ma, nie może być pisarstwa. Uporczywym trzeba być, bezwzględnym najpierw dla siebie (na ostatku dla innych, bliskich), wymagającym zapewne, ale nie Bez Miary…

A drugi, o Dostojewskim i Sonii, i upadku polskiej kultury.

Oczywiście okoliczności zewnętrzne czynią WSZYSTKO, aby mi pisanie udaremnić, a przy tym wydawcy, film, redakcje, listy, przekłady, wykłady na UJ, wyjazdy, propozycje to tylko mniej ważna część, bo widzieć upadek i ruinę kultury swojego kraju, widzieć łatwość z jaką to zachodzi, jest zaiste koszmarnym doświadczeniem. Chociażbym więc chciał, tu też złudzeń żadnych mieć nie mogę. Pisałem już o tym problemie, bo mnie fascynował: czy Dostojewski skłamał Sonię Marmeladową, czyniąc z niej kurwę bardzo świętą? Myślę, że tak. Skalane i wciąż od nowa znieważane ciało duszy niepokalanej posiadać nie może. To samo jest z kulturą. Jeszcze kiedy to Niemcy u nas robili, był w tym ich tyrański interes – wymóżdżyć niewolników. Ale to teraz jest tak nikomu na nic. A i do dysydentów przymknąć nie mogę, bo pozycja ta jest intelektualnie jałowa, a samej „gołej etyce” całą duszą się oddać nie chcę – nawet gdybym był do tego zdolny.

Zatem upadek kultury polskiej to proces obserwowany już w latach 70 ubiegłego wieku, ciekawe jak daleko proces ten zaszedł. Książka, dla zainteresowanych, wygląda tak:

fameandfortune

 

opalczynski

Siła. Masa. Piękno. Tak to się kończy, gdy mam napisać coś o sobie. Nie lubię. Po pierwsze - w momencie pisania staje się już nieaktualne. Po drugie - jak nie wyjść na buca? - niejako chwaląc się swoimi wyczynami. Podam zatem fakty. Magister inżynier. Ale to prawie żadne osiągnięcie. Zawodowo programista. Prywatnie mąż i ojciec. Bloger. W wolnym czasie dbam o to miejsce w sieci, czytam książki i pogrywam na gitarze. A, zapomniałbym - nie mam telewizora - dlatego też nie piszę o wspaniałych produkcjach polsatu.

 

Dodaj komentarz