Leniwe buły

Ponieważ to tekst o leniwych bułach to powinien być krótki – ale nie wiem jak wyjdzie. Będzie o dwóch kwestiach, które mnie ostatnio bezpośrednio dotknęły. Postaram się za to bez żadnych tez, antytez, hipotez – a tagi są celowo na wyrost.

Szukałem ostatnio przepisu na pieczony boczek. Lata lecą i pomyślałem, że warto nauczyć się robić pieczyste, a do tego, co dość oczywiste pora roku sprzyja takim ekstrawagancjom. Przepisy – podobnie jak prezentujący je kucharze – różne. Przeglądałem książki kucharskie i internety – przepisu, który by mnie zadowolił nie znalazłem. Stwierdziłem więc, że oprę się na doświadczeniu przekazywanym z ust do ust z pokolenia na pokolenie oraz na tym, co już do tej pory w kuchni zrobiłem – a nie jest to tylko herbata, że nieskromnie nadmienię. Do meritum: szukając przepisu w internetach natknąłem się na komentarz: Nieeee, za długo się to robi. Wolę pójść do biedronki po gotowe. W przepisie widniało, że warto by boczek dwa dni poleżał w marynacie. Dla szanownego czytelnika to było za długo. Powiem, że się zdenerwowałem – potrafię w kuchni spędzić długie godziny, by coś wyszło i było smaczne. I rozumiem, że to jak smaczne będzie jest w dużej mierze funkcją czasu.

Mój boczek właśnie dziś wstawiłem do solanki – będzie tam leżał do następnej niedzieli, a pieczony będzie w nocy z poniedziałku na wtorek. Osiem dni. Osiem dni od pomysłu, od chęci do konsumpcji. Zastanawiacie się po co o tym piszę? Otóż, mam wrażenie, że jesteśmy coraz mniej cierpliwi. Czy zdajemy sobie sprawę, że parmezan dojrzewa kilka miesięcy? Wyobraźmy sobie sytuacje, w której nadchodzi parmezanowy kataklizm – i wszystkie zapasy po prostu znikają. Na nową porcję trzeba czekać około roku. A przecież hipstera Tomka nie interesuje, że nie ma, cioci Grażyny też nie – na jutro ma być lasagne.

A przykład z whisky? Minimum sześć lat leżakowania? To w jaką rozpacz byś wpadł, gdyby zabrakło zapasów – pozostawiam Twojej wyobraźni. Przestajemy sobie zdawać z tego sprawę – że na jedzenie i jego wytworzenie potrzeba czasu. Przyzwyczajamy się coraz bardziej do marketów i pełnych sklepowych półek. Pełen proces od pastwiska do schabowego na talerzu jest znany już tylko zainteresowanym – a dyskusję, czy ta wiedza jest potrzebna, czy nie – zostawię na inne czasy.

I jeszcze jedno odnośnie cierpliwości, jedzenia i kultury instant. Jeździmy do babć lub mam – jeśli możemy, wracamy i zwykle na usta ciśnie się: o matko, jakie to było dobre, czemu ja tak nie potrafię? Ano temu, ponieważ babcia jest cierpliwa w ten wspaniały oldschoolowy sposób. Mama podobnie. Zamiast kupować barszcz z buraków od Tymbarka, gotują go z warzyw od wujka Zenka, albo zdobytych na miejskim bazarze. Tracąc w ten sposób jakieś 3 godziny. Ale jakie to pyszne! Naszemu pokoleniu się już tak nie chce – mnie mimo, że z tym walczę też. Idę czasem na skróty. Inaczej prawdopodobnie nie wychodziłbym z kuchni. Ale byłoby fantastycznie, gdyby znaleźć jakiś punkt pomiędzy gotowaniem, które zabiera mnóstwo czasu, a kulturą podanego-natychmiast-hamburgera.

Miałyby być dwie kwestie – powinienem być słowny, a post mi się rozrasta. Postaram się króciutko. Przeczytałem gdzieś ostatnio, że ludzie pokoleń wcześniejszych niż moje, czują fizyczny ból, gdy mają przeczytać więcej niż akapit tekstu. Prawdopodobnie jest to celowe przejaskrawienie, mające na celu zwrócenie uwagi na pewien problem – też związany z cierpliwością. Ludziom nie chce się czytać. W tej chwili tekst ten ma 530 słów, stawiam dychę, że mało kto właśnie czyta to zdanie. Możliwe (a jakże!), że jest to nieciekawe i w ogóle nie do czytania. Pokolenia te wcześniejsze, wolą obejrzeć film na jutubie, który trwa dwa razy dłużej niż przeczytanie tekstu, a do tego przerywany jest reklamami. Ja wysiadam, na pierwszej stacji. Nie to żebym nie wierzył w ból fizyczny powstały w wyniku czytania tekstu literackiego – sam wielokrotnie tego doświadczyłem, po kilku godzinach czytania bez przerwy bolą nie tylko oczy. Drażni mnie to lenistwo…

Rozmawiam z żoną: dzieci znajomych chcą audiobooki zamiast książek, rozmawiam z kolegą z pracy: dzieci mają problem z pisaniem odręcznym, bo zbyt dużo bawią się z telefonami i tabletami – zdolności manualne zanikają. A właśnie w tle leci piosenka, w której śpiewają: Bo świat się zmienia, a świat się zmienia, czy tego chcesz, czy nie, świat zmieni się. I na tym skończę.

bakery-bread-bread-rolls-2436

 

opalczynski

Siła. Masa. Piękno. Tak to się kończy, gdy mam napisać coś o sobie. Nie lubię. Po pierwsze - w momencie pisania staje się już nieaktualne. Po drugie - jak nie wyjść na buca? - niejako chwaląc się swoimi wyczynami. Podam zatem fakty. Magister inżynier. Ale to prawie żadne osiągnięcie. Zawodowo programista. Prywatnie mąż i ojciec. Bloger. W wolnym czasie dbam o to miejsce w sieci, czytam książki i pogrywam na gitarze. A, zapomniałbym - nie mam telewizora - dlatego też nie piszę o wspaniałych produkcjach polsatu.

 

5 thoughts on “Leniwe buły

  1. Gdzieś ostatnio czytałem, że gdzieś (nie ma jak konkrety) chcą zrezygnować w szkołach z nauki manualnego pisania. Bo i po co, skoro i tak piszę się głównie na komputerze 😉 Zastanawia mnie tylko jak rozróżnią XXX to Kowalski a XXX to Nowak ;-))
    Swoją drogą ostatnio kolega mój chwalił się jak to jego 2 letni bratanek potrafi włączyć sobie bajki w tablecie. Gratulacje, dzieci z głowy 😉
    Ja się tam cieszę, że moje biorą książę i udają, że ją czytają…

  2. A co do mięsa… Jak nacieram karkówkę i czuje ten zapach czosnku, majeranku to mam ochotę zjeść ją od razu. A tu weź czekaj dzień (brak mi cierpliwości by poczekać 2, ale obiecuję poprawę) z pieczeniem….

    1. E, jeśli chodzi o kuchnię to wiem, że na tą karkówkę byś poczekał i 9 dni jakby trzeba było 😉

Dodaj komentarz