Cud narodzin jest brutalny – porodówka męskim okiem

Ostatnio popełniłem artykuł o męskości. Tydzień później spędziłem noc na porodówce. Naszła mnie refleksja. Nie będzie TL;DR.

Oto ja, mężczyzna, siedzę na izbie przyjęć oddzielony od swojej połowicy taflą szkła i murem z cegieł. Zdezorientowany. Będzie już ze dwie godziny jak ją badają. Niby wiem, że badanie KTG tyle trwa, co w ogóle nie przeszkadza mi wpaść w stan lekkiej utraty zmysłów. Zniecierpliwionym wzrokiem spoglądam na zegarek. Co 30 sekund. Czasem częściej. Wydeptuję dziurę w ziemi chodząc dookoła filaru. Jak zwierzę hodowlane na postronku. Nie daję rady usiedzieć na miejscu. Adrenalina nie daje wytchnąć. Jestem przygotowany, nie wiem na co, ale jestem. Albo tak mi się wydaje. W naiwny sposób uzurpuję sobie prawo do narodzin: oho, będzieMY rodzić. Już po wszystkim karcę sam siebie za to, że w ogóle mogłem tak pomyśleć. Sto batów to za mało.

Chłopie nie panikuj. Na pewno jest coś co możesz zrobić. – mówię do siebie. Nie ma. Nie ma nic, co mógłbym zrobić. To kolejne kłamstwo tamtej nocy. Wiem, że mam działać – przecież to męska domena. Nie ma pola do działania. Moja męskość uleciała ze mnie, przybrała formę małego demona, który w horrorach chowałby się na sufitach i w rogach ścian. Tylko, że ten chochlik w ogóle nie ma ochoty spadać na ludzi w najmniej oczekiwanym momencie przy akompaniamencie muzyki, która jeży włosy. Zamknął się w sobie. Nie reaguje na polecenia. A ja jestem nagi.

Wychodzi. Wychodzi pani w białym kitlu. Mówi do mnie tak, jak kapitan mówi do majtka, który ma chorobę morską i nie jest w stanie szorować pokładu: Pan Opałczyński. Pan przyniesie rzeczy dla żony. Eureka. Znowu coś mogę. Przełączam się w tryb zadaniowy. Pędzę jak kojot za strusiem pędziwiatrem. Samochód zaparkowany po drugiej stronie szpitala. Śnieg zacina i wpada za kołnierz. To nieważne. Buty ślizgają się na oblodzonym chodniku. To też nieważne. Jestem z powrotem. Wchodzę do gabinetu objuczony jak wielbłąd nomadów.

Już-niedługo-matka próbuje siedzieć na krześle. Wykręca ją z bólu. Dosłownie. Papierkologia. Kilka arkuszy o przyjęcie do szpitala, a wrażenie jest takie jakby kazali przepisać Pismo Święte. Ręcznie. Dokładnie. Pięknie. Jak średniowieczny mnich przed epoką Gutenberga. Czemu tak ją torturują? Nie znajduję odpowiedzi. Dostrzegam kątem oka przyjaźnie drwiące uśmiechy położnych i lekarzy. Same kobiety. One wiedzą. Uśmiechy, które mówią – O Pan ma taką wielką brodę, król testosteronu, król świata. Zdobywca. No to patrz. Patrz, bo jeszcze nic nie wiesz. Ja jeszcze nic nie wiem. W tym miejscu panuje estrogen. Niemal czuć jak unosi się w powietrzu. Niemal widzę jak rozpycha się w swej uzasadnionej dumie i wypycha resztki pozostałej na sali męskości. Tej już nie ma.

Polecenia ratują mnie przed znalezieniem się na innym oddziale w zupełnie innym szpitalu. Psychiatrycznym. I to nie jest emfaza. Pan się przebierze. Tu w tej sali. Pan poda, Pan przyniesie. Potulnie jak baranek wykonuję wszystko najdokładniej jak umiem. Przy tak prostych ograniczeniach jestem w stanie funkcjonować. A najgorsze jest to, że ona nie może chodzić, nie może siedzieć, nie może wytrzymać. Boli. Moje męskie ego zniknęło. I tylko jestem. Bo tylko tyle mogę. Nic więcej. Musi przez to przejść. Przejdzie. Przeszła. Ona.

Rano. Myślę o tym jak znikomy udział miałem w tym przedstawieniu. Myślę o tym jak znikomy udział miałem od momentu poczęcia. Myślę o tym, że nie ma w tym nic dziwnego, że wymaga się od mężczyzny, by rodzinę utrzymał jako całość. Dosłownie i w przenośni. To jest nasz – męski – wkład. To jest mój wkład, za siebie tylko mówić mogę. Myślę też, że jeśli ktoś powie o kobietach słaba płeć, to cytując klasyka: Zakurwię z laczka i poprawię z kopyta.

Szacunek.

 

opalczynski

Siła. Masa. Piękno. Tak to się kończy, gdy mam napisać coś o sobie. Nie lubię. Po pierwsze - w momencie pisania staje się już nieaktualne. Po drugie - jak nie wyjść na buca? - niejako chwaląc się swoimi wyczynami. Podam zatem fakty. Magister inżynier. Ale to prawie żadne osiągnięcie. Zawodowo programista. Prywatnie mąż i ojciec. Bloger. W wolnym czasie dbam o to miejsce w sieci, czytam książki i pogrywam na gitarze. A, zapomniałbym - nie mam telewizora - dlatego też nie piszę o wspaniałych produkcjach polsatu.

 

33 thoughts on “Cud narodzin jest brutalny – porodówka męskim okiem

  1. Jeszcze ani jednego komentarza pod TAKIM tekstem? tłumaczę to tylko tym, że wszyscy walentynkują 😉 coby nie powtarzać komentarza z fejsbuczka westchę tylko „znakomicie napisane” i wspomnę to, czego też już nigdy nie zapomnę..

    1. Może ludzie nie lubią disqusa 😉 Albo mam coś popsute z komentarzami. Chociaż Tobie się udało 🙂

  2. W sumie to chyba wolę rodzić 🙂 Ale wzruszyłam się, dziękuję za to że mi pokazałeś jakie emocje mogą targać mężczyzną na porodówce.

  3. Fajnie „zobaczyć” jak to wygląda z tej drugiej strony. Mój mąż był w trakcie CC (niespodziewanym bo maluch postanowił olać zaplanowaną datę) oazą spokoju, trzymał mnie cały czas za rękę, mówił, że wszystko będzie dobrze. Dostał pępowinę do odcięcia, przyniósł mi syna, posiedział w z nami jeszcze, a następnie (koło 4 w nocy) wrócił do domu. Dopiero potem dowiedziałam się, że wewnątrz szalał i był tym wszystkim przerażony. Jak wszedł do mieszkania to praktycznie padł nieprzytomny 🙂
    To fakt, nie ma „rodzimy” czy „jesteśmy w ciąży”, ale to męskie wsparcie daje niewiarygodnie dużo siły. To, że partner jest obok naprawdę pomaga więc Panowie głowa do góry, dajecie radę 😉

    1. Zgadzam się. Mój mąż nie mógł zrozumieć, że ja nie chcę trzymać go za rękę tylko położyć palce na jego dłoni. Nie sądziłam, że to takie trudne. Mimo wszystko dobrze mieć kogoś, kto Ci wodę poda, jak trudno wstać…Dobry tekst.

  4. Super napisane. Cóż mogę więcej dodać? Chyba tyle, że teraz wiem dlaczego mąż nie był przy porodzie. Po prostu nie umiał znieść mojego bólu. Dziękuję.

  5. wow, mój mąż to jednak ignorant … bo to przecież ON urodził, ON zrobił najwięcej aby nasze dwa cuda pojawiły się na świecie!!!!!

  6. Coś w tym jest. Mój mężczyzna bardzo mnie wspierał przy porodzie,jego opanowanie mialo na mnie kojacy wplyw,sama jego obecność i czujność była dla mnie nieocenionym wsparciem. Dopiero kilka miesięcy później usłyszałam coś co po prostu zwaliło mnie z nóg: „wg mnie wy kobiety przesadzacie z tym całym bólem porodowym nakręcacie się, to na pewno nie jest aż tak nie so wytrzymania”…. . Brak słów. Tłumaczę to pomrocznością jasną,bo przecież był widział.
    Ps. Czy wiecie,że ponoć większości kobiet podczas porodu zdarza się tracić kontakt z rzeczywistością, być jakby w innym odległym świecie w większym lub mniejszym stopniu? Myślałam przez dwa lata,że tylko ja tak miałam. Teraz wiem,że to system obronny,kiedy ból jest już zwyczajnie nie do zniesienia, dosłownie. Czy Wy też miałyście etap „nie nie,nie dam już rady,jest mi już wszystko jedno”? :p
    Pozdrawiam dzielne mamusie i jeszcze silniejszych ojców 😉

    1. nie jestes sama, tez tak mialam do dzis mam wrazenie jakby to byl sen, choc bardzo doglebnie pamietam momenty kiedy wymiotowalam z bolu ktorego juz nie moglam zniesc….;(

  7. Brawo. Bardzo obrazowo. Przypomniałem sobie moje przeżycia. Szczególnie tryb zadaniowy. Czekałam jak piesek z wywieszonym jęzorem na następne zadanie do wykonania niczym na rzucony patyk, który z radością mógłbym przynieść mojej pani po czym niespokojnie przycupnąć obok w oczekiwaniu na następne zadanie.

  8. Pracuję na Porodówce i widzę, że poród przerasta większość mężczyzn, i to jest normalne, że ich przerasta… bo to trochę wbrew naturze, że samiec jest przy porodzie… Bo to kobieta rodzi a nie „my rodzimy”. Mężczyzna jest tak zaprogramowany, że chce DZIAŁAĆ, a tam niewiele może zrobić, jednak jest coś o czym zapomina – dla tej rodzącej kobiety najważniejsze jest to, że on jest obok, trzyma za rękę, mówi „dasz radę”, i często to jest wszystko co on może zrobić (w jego opinii to prawie nic). Niestety są tacy, dla których sam pobyt na oddziale jest traumą i wtedy personel zamiast skupić się na porodzie musi łapac mdlęjących panów, odwozić ich na szycie głowy, otwierać okna i wyprowadzać gdy zielenieją lub bledną… I myślę sobie wtedy, że dla niego nie ważna jest rozbita głowa ale te ego które ucierpiało, bo jak to on, mężczyzna i nie daje rady… Są i piękne momenty, panowie którzy super wspierają żonę, i płaczą gdy widzą dziecko. Myślę, że kwestię towarzyszenia przy porodzie trzeba wcześniej dobrze przegadać…. i ewentualnie zabrać ze sobą siostrę czy koleżankę.

  9. Tekst bardzo dobry ale krótki, chętnie przeczytałabym więcej 🙂 Mój mąż również był ze mną. Od pierwszego skurczu o 1 nad ranem był przy mnie, masował plecy, robił kanapki, liczył długość skurczy. W szpitalu wypełnił za mnie papiery chociaż słabo mówi po polsku. Bałam się jego reakcji na moje „zezwierzęcenie” podczas porodu, po poród nie jest estetyczny. Poród boli ale mąż też go przeżywał bo widziałam to na jego twarzy. Na drugi dzień powiedział mi, że chyba mu wyszły hemoroidy bo parł razem ze mną 🙂

  10. W czasie porodu, jeśli mężczyzna nie może pomóc to przynajmniej niech nie przeszkadza 😉 Na pewno nie jest fajnie tak bezczynnie patrzeć na ból bliskiej osoby, ale jeśli Cię to pocieszy – dla sporej części kobiet ta obecność jest bezcenna 🙂

  11. zadaniem mężczyzny na porodówce jest pilnować żony. Bo ona jest bezbronna, a to jest nieprzyjazny świat. Moja mama opowiadała mi jak zupełnie inaczej traktowana jest rodząca kiedy jest sama a kiedy ktoś z nią jest. I to, że Pan został to już jest bardzo duże osiągnięcie 🙂

    1. Nigdy bym nie przypuszczał, że jest różnica w podejściu przy traktowaniu rodzącej bez i z mężem. Ale to nie pierwszy taki głos – wnoszę, że coś jest na rzeczy.

    2. Zgadzam się. Ból zamknął mnie na wszystko co się wokół działo.nie widziałam, nie słyszałam nic, nie myślałam… To mój mąż zareagował na zanikajace tetno. Położne w tym czasie oglądały na dobre i na złe…
      A tekst świetny!!

  12. Oklaski za tą pokorę drogi autorze! Super tekst. Miło czasami przeczytać/ usłyszeć, ze i mężczyźni mają chwilę refleksji i oddają szacun kobietom. Co prawda czytając, poczułam sie trochę, jakbym to ja kobieta nie wykonała swojej roboty bo miałam planowe cc a nie jak w przypadku Twojej partnerki poród fizjologiczny. Nie poznałam bólu porodowego więc nie zasługuje na wsparcie? 😉 prawda jest taka, ze każda z nas zasługuje i dla facetów wielki szacun, ze sa przy porodach, czy tych naturalnych czy cięciach. W końcu my tez jesteśmy tym wszystkim przerażone.

  13. Ja rodziłam w czasach kiedy można było tylko pomarzyć o wspólnym
    rodzeniu, a tak bardzo tego wtedy potrzebowałam. I nie ważne czy był to
    mój pierwszy, czy czwarty raz. Nie można się przyzwyczaić do tego typu
    sytuacji, dlatego tak samo byłam przerażona za pierwszym jak i za
    czwartym razem. Przerażona, bo w momencie dla nas najbardziej intymnym,
    pozostawiona sama wśród obcych ludzi, odziana w szpitalną (taki wymóg )
    porwaną koszulę-nie koszulę, która niczego nie zasłaniała, ale za to
    wszystko odsłaniała, z kłębem ligniny między nóżkami, musiałam przejść
    przed rzędem tatusiów czekających na smutnym, ciasnym korytarzu, by
    wreszcie mijając beznamiętny personel,dotrzeć do takoż samej sali
    porodowej. Zostałam sama. Ja pierwiastka wtedy, pozostawiona sama sobie w
    nowej zupełnie dla siebie roli. Obco, chłodno (dosłownie), szaro,
    beznamiętnie, w pojedynkę, ja kobieta,za chwilę mama, kochana a teraz
    sama. Rodziłam trzęsąc się z zimna i z bólu, przy otwartym oknie.
    Rodzę, ale dlaczego nikt nie przychodzi, dziecko już opuściło miłe
    wnętrze wystawiając łepek, więc krzycząc przerażona wołam personel. Są!
    Zaczęli zlatywać. Ufff! Jak dobrze,że jesteście panowie z waszymi
    żonami w najważniejszym momencie Waszego wspólnego przecież życia.
    Dziękuję Panu za podzielenie się tym bardzo osobistym przeżyciem. W tym
    momencie mam okazję podziękować też mojemu zięciowi, który rodził już
    czwarty raz ze swoją żoną, ale nigdy nie miał potrzeby podzielenia się
    tym doświadczeniem. Pozdrawiam serdecznie, Stanisława.

  14. W Stanach w latach ’60, gdy mężczyźni rodzących kobiet mieli swoje poczekalnie na drugim skrzydle szpitala, mieli w nich zeszyty w których mogli zapisywać swoje odczucia, lub koić się czytaniem zapisków tego co przechodzili inni. Czuję jakby przeczytała emocjonalny wkład z takiego zeszytu 🙂

  15. Mój mąż czuł się dokładnie tak, jak opisujesz (przynajmniej tak mi to kiedyś opisywał). Powiedział mi, że dla niego było to straszne. Najstraszniejsze, było to, że nic nie mógł zrobić, a widział mnie cierpiącą. Tak się wymęczył psychicznie, że nie był w stanie przeciąć pępowiny.
    Dobrze, że Wy mężczyźni, również dzielicie się swoimi odczuciami. Łatwiej wtedy zrozumieć drugą osobą.

    1. moj maz powiedzial to samo i moze zabrzmi to tragicznie ale to byly dla mnei najpiekniejsze slowa….poczulam sie wtedy taka docenia oraz taka jednosc z nim w tym cierpieniu, ja fizycznie on psychicznie i razem przez to przeszlismy. a juz w ogole poplakalam sie gdy nastepnego dnia dostalam wisiorek, serduszko w podzience za trudy porodu.

  16. Mój mąż tylko za 1 razem był zaangażowany i naprawdę pomocny. Za drugim bardziej mnie irytowała jego obecność niż pomagała. Za trzecim chyba bym poprosiła, żeby nie szedł ze mną.

  17. Spotkałam bardzo mało mężczyzn z tak dużą empatią.Dziękuję za ten tekst.Mimo,że Pana nie znam poczułam się bardziej doceniona przez Pana za to,że urodziłam dwoje dzieci niż przez mojego męża hmmm…

Dodaj komentarz