Tandeta – garść przemyśleń o kulturze, czyli ostatni artykuł o pięćdziesięciu twarzach Greya

TL;DR – na dole strony. Wolałbym byś nie czytał tego wpisu. Po – stwierdzisz, że jestem hipokrytą, a ja tylko chcę przedstawić pewien mechanizm, nad którym się ostatnio zastanawiam i dołożyć kilka zdań od siebie.

– Życia nie zmienisz.
Zaciśnij zęby, pierś do przodu, a nosem powietrze wypuszczaj.
I pamiętaj jedno: Na tym świecie zawsze była, jest i będzie w cenie tandeta.
Więc czym my się właściwie mamy przejmować?
– Mówisz?

Tym radosnym tekstem rozpocznę dzisiejszy wpis. Dla ciekawskich jest to początek piosenki Żywy lub Martwy w wykonaniu O.S.T.R & Marco Polo. Agresywny tekst, dobry bit – jednym słowem smaczny kawałek.

Nie wiem gdzie zacząć, więc może od początku. Jest na ziemi grupa ludzi, która dość łatwo wydaje wyroki na temat tego co jest dobre, a co złe – w kontekście dzieł kulturalnych wytworzonych przez człowieka. Należę do tej grupy. 50 twarzy Greya wrzuciłbym gdzieś do worka harlequin dla kobiety współczesnej. Z tego też powodu nie zamierzam ani tego czytać, ani tym bardziej oglądać. Nie wydam na ten cel ani złotówki. Ale! Jest rzecz wokół tej pozycji, którą niezmiernie cenie – uczyniła autorkę bogatą. To musi być fascynujące uczucie, sprzedać kilka milionów egzemplarzy, sprzedać prawa do filmu za jakieś niebotyczne kwoty – nie zastanawiając się nad wartością dodaną, a zliczając jedynie spływające dolary. I tu dochodzimy powoli do sedna – żeby sprzedać, ktoś musi chcieć kupić. Czy mimo, że nie czytałem książki, nie oglądałem filmu mogę dokonywać tak brutalnej – nie czytaj, nie oglądaj, nie rób szumu wokół – oceny? Oczywiście. Z tego co się dzieje wokół tego pop-kulturalnego wydarzenia można wywnioskować wielkość jego kalibru. To mi w zupełności wystarcza.

Jesteś konsumentem. Czy Ci się to podoba, czy nie. Świat nie jest jeszcze na tyle zepsuty, byś nie mógł zdecydować jakim konsumentem chcesz być. Czy kupujesz pseudo ekstra masło, czy Masło przed duże M. Wyboru dokonujesz także stojąc w kolejce do kinowej kasy. Na jednej szali jest film ambitny, który poruszy ciemne, bądź jasne strony Twojej duszy, na drugiej szali jest hollywoodzki gniot. Wybierasz hollywoodzki gniot, a potem dziwisz się, że w telewizji lecą na okrągło para-dokumenty w stylu: Dlaczego Ja?, Trudne Sprawy, etc. Ostatnio mój mózg przeżył bardzo ciężkie zderzenie z programem tego typu. Musiałem go oglądać w lekarskiej przychodni. Przeżycie niemal traumatyczne. Serial traktował o polskiej młodzieży z dużego miasta – tytuł (chyba) Szkoła. Odkąd nie mam w mieszkaniu telewizora, za każdym razem gdy mam okazję go oglądać – ubolewam nad poziomem dostarczanej rozrywki. Im dłuższy jest okres odkąd nie oglądam TV regularnie, tym większy ból po zderzeniu. Boję się, że kiedyś tego nie przeżyję. Ale – coś się zmienia. I to w dobrym kierunku – coraz więcej ludzi przerzuca się na youtuba znajdując tam treści, które ich interesują, a telewizję popularno-naukową zastępuje TED. A telewizyjni włodarze ubolewają nad tym, że mają coraz mniej widzów. Nie rozumiem tylko, czego się spodziewali. Jest pewien poziom tandety, którego już nie da się znieść. Mimo to ciągle rozmawiamy o liczbach rzędu milionów.

Temat jest ciężki do ugryzienia. Z jednej strony jest wolność, którą bardzo cenię i możliwość decydowania o tym, którą szalę wybrać, a z drugiej strony jest niezaprzeczalny fakt, że na jednej z nich leży tandeta. Teoretycznie możesz wybierać tandetę świadomie, chociażby po to, by powiedzieć innym, że to jest piece of shit. Ale według mnie nie jest to dobre rozwiązanie, a najlepszym jest ignorowanie. Nie ma, nie wydarzyło się, nie ma o czym rozmawiać. W myśl zasady, że nieważne jak, ważne, że mówią każda opinia, beka, czy ironia generuje szum wokół dzieła twórcy. Z ironią jest jeszcze ten problem, że nie wszyscy są w stanie ją wychwycić – i jeszcze pomyślą, że to naprawdę dobre jest. Dlatego też podjąłem decyzję: zero tolerancji dla tandety. Jeśli pojawi się coś tak złego, że nie będę w stanie pozostać obojętnym – ubiorę to w możliwie najlepszą formę. Ale mam nadzieję, że to się nie zdarzy.

Nie wiem, czy wiecie, ale jest pewien bloger, który czytał książkę, której tytułu już nie mogę już wymienić na zasadzie słuchowiska radiowego. W zasadzie ciężko to nazwać słuchowiskiem, bo jest to odczyt internetowy – relacja na żywo. I ja potrafię to zrozumieć, o tyle, ile potrafię zrozumieć to, że blog jest Twoim źródłem dochodu i musi dobrze prosperować, by starczyło na chleb. Musisz być na bieżąco i wybierać takie tematy, by zadbać o odpowiedni ruch czytelników. Skoro na horyzoncie pojawiło się wydarzenie, które budzi emocje i generuje lajki to może napiszę coś, co w cieniu tych lajków może się opalać. I ugryźć kawałek tortu dla siebie. Należy powiedzieć, że chłopak robi to naprawdę skutecznie. Kiedyś, biję się w pierś – sam popełniłem kilka wpisów o książce, której tytułu nie mogę już wymienić. Głównie robiąc sobie bekę z faktu, że przedstawiony w książce BDSM nijak nie ma się do tego, co się dzieje w kręgu osób zainteresowanych tematem. Z faktu, że oto pojawił się rycerz na białym rumaku z dziwnymi upodobaniami i stajnią pełnych dziwnych, skórzanych akcesoriów. Wreszcie z tego, że kobiety zakochały się w facecie, który ma szereg archetypicznych męskich cech – wbrew temu, czego oczekują, i o tym głośno mówią, od nowoczesnego mężczyzny.

Inna fantastyczna (bez cienia ironii, czy sarkazmu) blogerka musiała iść do kina, na film, którego tytułu nie mogę już wymienić, by dowiedzieć się, że sceny seksu wcale nie są scenami seksu. Co dość dziwne, bo można oczekiwać odważnego filmu dla dorosłych. Ja jej współczuję, bo musiała wydać dwadzieścia pięć złotych, by się o tym przekonać. Stracić dwie godziny życia – a zegar tyka: tik, tak, tik, tak. Film na imdb i filmwebie ma ocenę pomiędzy cztery a sześć w skali dziesięciopunktowej. Zaś jego boxoffice na chwilę obecną to pół miliarda dolarów. Do końca tego nie rozumiem – bardzo przeciętny film, który wszyscy oglądają?

Mógłbym zaapelować o dokonywanie rozsądnych wyborów. Mógłbym przekonywać, że kształtujesz świat dookoła siebie podejmując decyzje. Ale to bez większego sensu. Jeśli panuje moda na coś, to owieczki lecą do kin i teatrów, by mieć o czym dyskutować wśród znajomych, by nie czuć, że są wykluczeni. Tak jest prościej, a wydatek energetyczny zużyty na myślenie znikomy. Ja wykluczam się sam. Od teraz.

Na koniec jeszcze słowo o tandecie. Wczoraj (sobota) na wykopie olbrzymi sukces odniosły dwa znaleziska o tematach fekalnych. Pierwsze z nich odpowiada na pytanie: gdzie sra krakowski hejnalista. Drugie traktuje o aferze i prowokacji wobec polskich modelek. Naprawdę nie musicie tam klikać, nie musicie czytać, nie musicie wiedzieć. Dość powiedzieć, że sprawa jest w sposób jednoznaczny i nie budzący wątpliwości powiązana z gównem. I trochę przekomarzając się z Obarskim: shit is shit.

TL;DR: nie czytaj, nie oglądaj, nie rób szumu wokół

 

opalczynski

Siła. Masa. Piękno. Tak to się kończy, gdy mam napisać coś o sobie. Nie lubię. Po pierwsze - w momencie pisania staje się już nieaktualne. Po drugie - jak nie wyjść na buca? - niejako chwaląc się swoimi wyczynami. Podam zatem fakty. Magister inżynier. Ale to prawie żadne osiągnięcie. Zawodowo programista. Prywatnie mąż i ojciec. Bloger. W wolnym czasie dbam o to miejsce w sieci, czytam książki i pogrywam na gitarze. A, zapomniałbym - nie mam telewizora - dlatego też nie piszę o wspaniałych produkcjach polsatu.

 

3 thoughts on “Tandeta – garść przemyśleń o kulturze, czyli ostatni artykuł o pięćdziesięciu twarzach Greya

  1. „Wreszcie z tego, że kobiety zakochały się w facecie, który ma szereg archetypicznych męskich cech – wbrew temu, czego oczekują, i o tym głośno mówią, od nowoczesnego mężczyzny.” Stary chłop a dalej tym zdziwiony? 🙂 Zresztą faceci też tak mają.

      1. Nadal – czemu? Click-baiting też działa bardzo dobrze. Czasem sam się łapie na oglądaniu badziewia. 🙂

Dodaj komentarz