Miłujcie się bracia i siostry. Motywacja i uwikłanie.

W Interstellar pojawia się pozornie niepoważny przewrót z fizyki w miłość. Techniczni się śmieją. Humaniści próbują zrozumieć. Pierwsi zapomnieli jak istotny wpływ na odkrycia męża – Einsteina – miała jego pierwsza żona Mileva Maric. A drugim brakuje fizycznej wiedzy by dokonać tej skomplikowanej transpozycji. W ten sposób rodzą się antagonizmy, a romantyzm toczy nieustanną walkę z pragmatyzmem. Temat można zakreślić zdecydowanie szerzej.

[TL;DR jak zwykle na końcu]

Moda na sport. Z jednej strony: rusz się tłuściochu, z drugiej: zniszczysz sobie kolana. Jestem lepszy bo biegam 70 kilometrów tygodniowo. A ja jestem lepszy bo potrafię zjeść 3 dwustu gramowe hamburgery w 7 minut. Złoty środek to mit. Natura ludzka ma tendencję do przeginania w którąś ze stron. Osobiście nie znam człowieka, który opanował sztukę balansu do perfekcji i który równomiernie rozwija ciało i umysł. Acz możliwe, że takie jednostki istnieją. Czy ja w ogóle jestem upoważniony do wyrażania takich opinii? Otóż byłem w obu miejscach, miałem okres, gdy biegałem półmaratony, a na ćwiczenia fizyczne poświęcałem 25 godzin w tygodniu. Znudziło mi się. Miałem też okres niezdrowego żarcia na mieście.

Film. Jestem tak awangardowy, że sram bursztynem,  a te Twoje hollywoodzkie produkcje są nic nie warte. Liczy się tylko tu-wstaw-imię-i-nazwisko-serbskiego-reżysera-który-nakręcił-jeden-niszowy-film. Oczywiście film nie mógł zdobyć żadnej popularnej nagrody, bo wtedy już jest nie niszowy. Z drugiej strony: te Twoje awangardy to jakiś przeintelektualizowany bełkot. 

Ciągnąć temat dalej? Czy rozumiecie ten motyw? Właściwie ten wzorzec, który powtarza się od pokoleń, można zastosować do każdej dziedziny życia: książka (Coelho versus Bukowski), praca (korpo versus freelance), i tak dalej. Zamknąć to można w jednym zdaniu: moje jest lepsze niż TwojeGusta i guściki.

Ale w parze z tym zwyrodnieniem idzie jeszcze jedno, znacznie gorsze. Bardziej brutalne: mam więcej, jestem lepszy. Pocieszający wydaje się fakt, że obecne młode pokolenie zwraca uwagę na zupełnie inne rzeczy, a zdarzają się też biznesy, który nie są oparte na idei posiadania. To bardzo interesujący trend.

Podobno lepiej płakać w Porsche niż w samochodzie – nazwę go – budżetowym. Ale, czy naprawdę? W różnych momentach życia bywa źle, bywało i u mnie. I wiecie co? Nie ma znaczenia, czy płaczę na skórzanym fotelu w moim SUVie, czy, jak bywało kiedyś, siedząc na schodach akademika. Stan posiadania w żaden sposób nie zmniejsza poczucia żalu, o ile taki się pojawi.

Żal. Skąd się bierze? Myślę, że z pewnego rodzaju uwikłania w system (zawsze jak to piszę to mam wrażenie, że jestem typem oszołoma, ale powiedźcie mi z przekonaniem, że programowanie społeczne nie odgrywa żadnej roli w procesie naszego kształtowania – chętnie odbyłbym na ten temat ciekawą dyskusję) i pokręcenia źródła motywacji. Znowu będzie o mnie, ale nikogo innego nie znam lepiej.

Gdy byłem młodzieńcem pilnie uczącym się w gimnazjum i liceum, cel był jasno określony – jak najlepsze wyniki, by dostać się do jak najlepszej szkoły, a później uczelni wyższej. Motywacja poprzez cel. Prosta jak budowa cepa. I w zupełności wystarczała. Natomiast jak się nad tym głębiej zastanawiam – to wnioskuję, że nie pochodziła z wnętrza, a była jedynie (aż?) motywacją zewnętrzną pochodzącą bezpośrednio z presji społecznej, ze zbioru norm i poprawnych zachowań.

Na studiach niewiele się zmieniło – nadal motywacja realizowała się poprzez cel: zamknąć z pozytywnym wynikiem kolejny semestr. Ale w tym okresie zacząłem myśleć szerzej. Gdy już mogłem – wkładałem minimum wysiłku w w rzeczy, które mnie nie interesowały, więcej w te, na które zapisałem się dobrowolnie. Na kolejnym etapie życia celem były pieniądze. Pierwsza praca, awanse, kolejna praca i tak przez pięć lat doszedłem z kwoty niecałych 3k złotych do kwoty pięciocyfrowej – i prawdopodobnie jest to rynkowy kres moich możliwości na stanowisku programisty.

Można zasugerować, że to był smutny czas – więcej pieniędzy!, więcej wszystkiego! Ale tak nie było. Podwyżek nikt nie daje za darmo i są nierozerwalnie związane z posiadanymi kompetencjami. Zatem – był to intensywny okres wzrostu. Koniec końców nie wyszedłem na tym źle, w końcu było mnie stać na książki ludzi mądrzejszych ode mnie, dzięki którym równolegle udało mi się rozwinąć duchowo. Motywacja zaś była zła. Powinienem był to robić po prostu dla siebie. A ponieważ nie robiłem, to powstał interesujący dualizm. Z jednej strony aktywności, których podejmuje się sam z siebie, które są satysfakcjonujące, z drugiej uwikłanie w zdobywanie środków do życia (i myślenie o tym w takich kategoriach).

Od jakiegoś czasu to się zmienia. Istotne w zmianie sposobu myślenia, było zdanie przeczytane u Kiyosakiego: nie pracuj dla pieniędzyBrzmi jakby było niemożliwe do zrealizowania? Nie chodzi o to, by być całe życie wolontariuszem (no chyba, że takie właśnie masz marzenia), a jedynie o to, by nie one były motywacją do pracy, a tylko należącym się za pracę wynagrodzeniem. Oddzielenie motywacji od pieniędzy to właściwie podstawa work-life balance, czy jakiegoś innego balance. W przeciwnym wypadku frustracja wywołana uwikłaniem znacząco wpłynie na komfort życia. Zmniejszając go.

Cóż wychodzi na to, że na swej drodze popełniłem kilka błędów, ale wychodzę z założenia, że lepiej robić błędy niż nie robić nic.

Przynajmniej nie mam kredytu – i jak to mówił Dyjak w wywiadzie – nie należę do ubezwłasnowolnionych. Mówił tam jeszcze jedną ciekawą rzecz, o której zdarzyło mi się już pisać: imperatyw zarabiania. Użył innych słów, ale idea pozostaje niezmienna. Niemal każdy ciąg przyczynowo-skutkowy rozwiązujący problem życia codziennego zawiera w którymś ogniwie pieniądze. Najprostszy przykład: jestem głodny -> muszę iść do sklepy -> kupić jedzenie -> zapłacić. Dlatego też zrozumienie, że pieniądz jest jedynie środkiem wymiany jest trudne. Poprzez ilość cyfr na koncie określamy status społeczny danej osoby. Ale faktem jest, że burak wydający w kasynie dziesiątki tysięcy jednej nocy jest nadal burakiem, a pan z klasą kupujący Rolexa za 50 tysięcy złotych jest nadal panem z klasą.

Nie chcę demonizować ani pieniędzy, ani kredytów, ani system bankowego, choć temu ostatniemu pewnie się należy. Chcę jedynie zwrócić uwagę na fakt, że w system można się uwikłać i przestać grać na własnych skrzypach.

Teraz wrócę do gustów, moje lepsze i „jestem lepszy, bo mam więcej”. To mechanizm obronny. Próba potwierdzenia, poprzez znalezienie grupy odniesienia (takich samych freaków), że robię dobrze – bo inni też robią, oraz próba dyskredytacji innych grup, bo przecież moja musi być elitarna. Uzasadnienie dla własnego zagubienia. Bo to, że każdy z nas gubi drogę – jest dla mnie czymś oczywistym.

Jedni mówią, że o gustach się nie dyskutuje, drudzy, że wręcz przeciwnie. Ja powiem, że gusta innych się poznaje (za wyjątkiem tandety i shit-is-shit).

Gdyby odrzeć nas z tej całej systemowej skóry to tylko miłowanie bliźniego pozostaje. I uśmiech do ekspedientki w mięsnym, mimo, że wątróbka cielęca po 45 złotych za kilogram. Znaleźć w sobie pasję – to prawdopodobnie najtrudniejsze z życiowych zadań.

TL;DR: Kochaj bliźniego swego jak siebie samego, bo koniec końców to miłość – do pasji lub do innej osoby – jest siłą sprawczą. No i cielęcina jest droga.

 

opalczynski

Siła. Masa. Piękno. Tak to się kończy, gdy mam napisać coś o sobie. Nie lubię. Po pierwsze - w momencie pisania staje się już nieaktualne. Po drugie - jak nie wyjść na buca? - niejako chwaląc się swoimi wyczynami. Podam zatem fakty. Magister inżynier. Ale to prawie żadne osiągnięcie. Zawodowo programista. Prywatnie mąż i ojciec. Bloger. W wolnym czasie dbam o to miejsce w sieci, czytam książki i pogrywam na gitarze. A, zapomniałbym - nie mam telewizora - dlatego też nie piszę o wspaniałych produkcjach polsatu.

 

Dodaj komentarz