Run, Forrest, Run!

Nie będzie to wpis wychwalający sportowców i biegaczy-zwolenników-zdrowego-trybu-życia. Choć przyznać trzeba, że to bardzo im się chwali. Sport pozwala przesuwać granicę, a przecież my – leniwi, przestraszeni – nie jesteśmy wyrywni na tyle, by deptać wyznaczone granice. Zatem drepczemy w koło, czasem jakaś siła zewnętrzna zmusi nas do większego wysiłku i truchtamy, ale niemal nigdy nie uprawiamy sprintu. Sprint jest męczący.

Ucieczka. To będzie temat przewodni. Postawię śmiałą tezę, z która nie wszyscy się zgodzą – i bardzo dobrze, że się nie zgodzą – oznaczałoby to, że jest jeszcze nadzieja. A ta, jak wiadomo umiera ostatnia i jest matką głupców. Teza: wszyscy uciekamy. Przed czym? Zapyta ktoś zza ekranu monitora i poprze go ktoś, kto właśnie siedzi w pojeździe miejskiej komunikacji masowej z nosem w ekranie smartfona (nie powinienem się czepiać, w końcu czyta ten wpis z mojego bloga). Przyjmijmy, że ktoś zza ekranu to Pan Ziutek – będzie mi łatwiej prowadzić narrację. Pan Ziutek siedzi wygodnie w obracanym fotelu, ręce opiera na podłokietnikach obszytych imitacją skóry i wie, że nigdzie nie idzie, nie mówiąc już o uciekaniu. Ale Pan Ziutek w świecie wirtualnym spędza osiem godzin dziennie, z czego przez trzy ogląda pornografię, przez kolejne trzy hejtuje lewicowców, albo prawicowców – nieważne – dostaje się tym, którzy się nawiną. Tu diagnoza jest wybitnie prosta: Pan Ziutek ucieka przed rzeczywistością. I można się starać to zrozumieć – rzeczywistość to brudna i brutalna gra dla dużych chłopców i dużych dziewczynek.

Pani Ala – wielbicielka masowych środków transportu – akurat teraz się przemieszcza, ale też nie powiedziałaby, że przed czymś ucieka. A w jej mieszkaniu siedzi partner, z którym nie potrafi się dogadać i każdy kto podpatruje tę relację z dystansu powiedziałby, że dochodzi do aktów przemocy psychicznej, ale Pani Ala jest już posiadaczką syndromu sztokholmskiego i nie jest w stanie sobie tego uświadomić. Podświadomość zaś każe jej siedzieć po czternaście godzin dziennie w pracy, racjonalizując to psychologią sukcesu, robieniem kariery i dążeniem na szczyt.

Młody student z niezwykłymi perspektywami, u początku swej kariery zaczyna przepalać czas oglądając wszystkie możliwe wymioty popkultury. Studiów nie kończy, kariery nie robi. Jeśli to była jego świadoma decyzja i odnalazł swoją drogę – to nie ma się czego czepiać. Ale jeśli przestraszył się odpowiedzialności i nie był w stanie wkroczyć w nowe, przejść przez granicę zabawy i dzieciństwa – to co najmniej przykro.

To co ja myślę o całej psychologii sukcesu? Raz wyrażam się o tym w sposób negatywny – przykład z Panią Alą, innym razem w sposób pozytywny – sytuacja z młodym studentem. To zależy od kontekstu. Kontekst jest ważny. Gdy się jest młodym i głupim można myśleć, że świat jest czarno-biały. A życie jest proste, po księżniczkę przyjedzie książę na białym rumaku. Książę będzie miał zamek i karocę z ośmioma karymi koniami. Później przychodzi czas na to, by sobie uświadomić, że między czarnym i białym jest cała gama szarości. Dla młodych (brzmię jak starty dziad? znajomi mówią, że siedzi mi w duszy staruszek) sukces będzie czymś pożądanym i jeszcze nie będą zdawać sobie sprawy z tego, że poniosą olbrzymie koszty, przebojem biegnąc na szczyt. Jak duże mogą być to koszty? Należałoby rozpatrzeć indywidualne przypadki, ale na pewno można wymienić: nieudane relacje, długi i choroby powstałe w wyniku bycia w nieustannym stresie. Czy można wejść na szczyt bez żadnych ofiar? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, bo nie jestem na szczycie i wśród tego całego kultu – wyrażę niepopularną opinię – nie wiem, czy kiedykolwiek tam dotrę.

Psychologii sukcesu na pewno sprzyja pokolenie współczesnych narcyzów. Tak twierdzi spora część psychologów, a ja nie mam powodu, by to kwestionować. Narcyz jest idealnym dodatkiem do kariery. Człowiek, który musi budować zewnętrzny wizerunek, bo wewnątrz jest kruchy i nie bójmy się tego powiedzieć – chory. Smutna myśl: wszyscy jesteśmy w jakimś stopniu narcyzami. Narcyz jest też idealnym przykładem człowieka uciekającego – przed samym sobą. W Opowieściach z Ziemiomorza Ursuli K. Le Guin jest niesamowity wątek, na którym zbudowana jest akcja całego pierwszego tomu. W wątku tym, Ged – młody czarodziej z niezwykłym potencjałem, przekroczył granicę – poszedł w nieznane, wyszedł z własnej strefy komfortu. Podczas tego procesu uwolnił cień, swoją złą stronę, która goniła go przez znaczną część jego życia. A on uciekał. Bo się bał. Mimo tego, że miał potężny dar magii.

Forrest biegnie i biegnie. Tak, jak większość z nas: żyje i żyje. Forrest w pewnym momencie biec przestaje. Może coś mu zaświtało w głowie, że właściwie to on nie wie, po co tak biegnie? W odniesieniu do nas: właściwie to nie wiem, po co tak żyję? Dawno oglądałem Forresta, nie pamiętam własnej interpretacji, ale może właśnie to chciał przekazać reżyser. Ocknij się i obudź, uświadom sobie, że masz jedno życie: Mamy dwa życia. To drugie zaczyna się wtedy, kiedy zorientujemy się, że mamy tylko jedno. To Konfucjusz, ja nie jestem aż tak błyskotliwy.

Bieg Forresta ma też inną interpretację. To był człowiek skupiony na celu, cel ten mógł być zdefiniowany w sposób następujący: będę biegał dopóki mi się nie znudzi. Nie jest to cel typu SMART (ang.: Specific, Measurable, Assignable, Realistic, Time-related), ale to nie ma znaczenia. W przypadku Forresta warto zwrócić uwagę na konsekwencję w działaniu. To jest coś, czego nam – ludziom – brakuje. Działamy tak, że na początku rzeczy są nowe – i przez samo to fascynujące, a potem przychodzi znudzenie i plany schodzą do piwnicy na półkę, do której nie zaglądamy. Czytałem dużo wywiadów z ludźmi pióra. Co jest uderzające to ogromna część z nich mówi (rady dla początkujących pisarzy): naucz się pisać wtedy, gdy nie masz weny. Proste jest pisanie i uprawianie aktów twórczych, gdy ma się nastrójTo można rozciągnąć na wiele sfer życia: łatwo jest prowadzić firmę, gdy po drodze są same sukcesy – naucz się ją prowadzić wtedy, gdy pojawiają się porażki. Łatwo jest iść pobiegać, gdy na zewnątrz panuje temperatura 15 stopni Celsjusza – naucz się biegać przy 10 stopniowym mrozie, albo w deszczu. Łatwo się zakochać, gdy nie wiąże się to z odpowiedzialnością i kompromisem – naucz się kochać, gdy bywa trudno. Nie będę zwolennikiem sztywnego trzymania się wyznaczonego celu – trzeba też wiedzieć kiedy odpuścić i kiedy koszty jego osiągnięcia są zbyt duże. Jeśli firma chyli się ku upadkowi i nie widać szans na jej uratowanie – zamknij ją. Jeśli bieganie powoduje, że masz nieustanne problemy ze stawami – przestań i zacznij pływać. A jeśli Twój partner mimo prób poprawy sytuacji nadal zdradza i nie szanuje – zmień partnera. Czy wtedy to będzie ucieczka? Wtedy to będzie szukanie nieznanego słodkiego nieba. Bo jak wiadomo: lepsze znane piekło niż nieznane niebo – nasza ludzka zdolność do racjonalizacji wszystkiego.

Można się zastanowić dlaczego człowiek tak bardzo lubi uciekać. Wyobraźmy sobie sytuację, że stajemy oko w oko z lwem i nie mamy absolutnie żadnych narzędzi, które pomogły by nam oddalić to zagrożenie. Walka nie wchodzi w grę. Można się poddać, albo można spróbować uciec. Może się uda. Tak sobie pomyślałem, że ta chęć ucieczki jest w nas głęboko zakorzeniona i jest naturalnym odruchem, z którym należałoby walczyć. W świecie współczesnym istnieje bardzo mała szansa, że spotkamy na ulicy lwa – chyba, że akurat będzie awaria w zoo. Nasi jedyni przeciwnicy to inni ludzie – i jeśli nie zadrze się z nieodpowiednimi to mała jest szansa, że przestrzelą nam kolana. Przyznam, że przykro mi to pisać, bo wolę w ludziach widzieć potencjalnych sprzymierzeńców, ale to rzadko kiedy tak działa.

Może szkoda się rozdrabniać? Może szkoda zamykać się w wygodnych ramach i wyglądać na selfie jak Mona Lisa? Może szkoda płakać za tym co minęło? Może nie trzeba martwić się przyszłością? Może nie wolno pozwolić, by teraźniejszość uciekła? Może warto przestać uciekać?

 

opalczynski

Siła. Masa. Piękno. Tak to się kończy, gdy mam napisać coś o sobie. Nie lubię. Po pierwsze - w momencie pisania staje się już nieaktualne. Po drugie - jak nie wyjść na buca? - niejako chwaląc się swoimi wyczynami. Podam zatem fakty. Magister inżynier. Ale to prawie żadne osiągnięcie. Zawodowo programista. Prywatnie mąż i ojciec. Bloger. W wolnym czasie dbam o to miejsce w sieci, czytam książki i pogrywam na gitarze. A, zapomniałbym - nie mam telewizora - dlatego też nie piszę o wspaniałych produkcjach polsatu.

 

2 thoughts on “Run, Forrest, Run!

  1. Cytując Thoreaua: “The mass of men lead lives of quiet desperation. What is called resignation is confirmed desperation. From the desperate city you go into the desperate country, and have to console yourself with the bravery of minks and muskrats. A stereotyped but unconscious despair is concealed even under what are called the games and amusements of mankind. There is no play in them, for this comes after work. But it is a characteristic of wisdom not to do desperate things.”

    Ustawianie ludzi w szeregu i kazanie im się nie wychylać jest podstawą stabilności społecznej. A jakby tak każdy Pan Ziutek próbował zmienić swoje życie na lepsze? Społeczeństwo udaje, że do tego zachęca (psychologia sukcesu i inne) – ale to nie prawda.

    Sama psychologia sukcesu – pewnie pomaga. Trzeba w nią włożyć dużo wysiłku tak samo jak w pracę dążenia do tego sukcesu. A wszyscy wolą wysiłku (zwłaszcza intelektualnego albo emocjonalnego) unikać.

Dodaj komentarz