Boję się internetów: więcej soszial, mniej człowieka

TL;DR: nie ma, a jeśli przeraża Cię tekst dłuższy niż 140 znaków – znikaj.

Długo nie pisałem. Nie dlatego, że nie ma o czym, raczej nie ma dla kogo. Ludzie poważni używają internetu jak narzędzia. Jak młotka do wbijana gwoździ: przeczytać maile, napisać do kontrahenta, przeczytać branżowy artykuł, wymienić krótkie, konkretne wiadomości ze znajomymi. Na rozrywkę w internecie tej grupie szkoda czasu – a tego brakuje dziś każdemu. Ludzie mniej poważni używają internetu jak zabawki. Obejrzeć zabawny film na youtube (nam się nigdy jeszcze nie udało nagrać zabawnego filmiku), pograć w gry, pozbijać się z Gonciarza, czy po prostu pohejtować. Kończę dorabiać ideologię do mojego lenistwa i ku istocie rzeczy zmierzam.

Hejt

Istotne jest to, że obecny internet mnie przeraża. Ostatnimi czasy tematem nieschodzącym z witryn są imigranci. Na pewno jest to problem palący i na pewno wymagający podjęcia działań, który pomogą go rozwiązać – z tym zgodzą się zapewne wszyscy. Wszyscy też mają swoje propozycje rozwiązań – niekoniecznie chwalebne. I za te mi wstyd i żałuję, że wylały się na strony internetowe i pozostaną w przestrzeni publicznej.

Niesamowite jest z jaką łatwością ludzie życzą innym ludziom życia w obozie, pociągów wypełnionych tak, że nawet osoba, która zemdleje nadal stoi, jadących nie wiadomo dokąd, pieców, komór gazowych i plutonów egzekucyjnych. A używanej retoryki nie powstydziłby się żaden totalitarny władca, z Hitlerem, Stalinem i Mao Zedongiem włącznie. Można kupić taką książkę, o tytule: Medaliony, z bardzo smutnym pierwszym zdaniem: Ludzie ludziom zgotowali ten los. Może gdyby więcej ludzi sięgnęło po tę lekturę to powstrzymaliby się od obozowej retoryki. Ale na to nie ma co liczyć, bo z tego co wiem książka jest w kanonie lektur (a przynajmniej była, jak byłem w liceum) – a obecna sytuacja wygląda jak wygląda – to po pierwsze, po drugie książka ma więcej znaków niż wpis na Twiterze, więc jest nie do przeczytania dla obecnego pokolenia hejterów – choć w tym momencie obrażam hejterów, bo na to, co się działo pod wpisami dotyczącymi imigrantów na wykopie, wyborczej, czy onecie – powinno się zaproponować nowy termin.

Wpadło mi w oczy kiedyś takie zdanie, że społeczeństwo nie kumuluje wiedzy związanej z nim samym. Może trochę niejasno – już rozjaśniam. Otóż jeśli mówimy o matematyce, fizyce, czy medycynie to nowe odkrycia bazują na starych. Zachowana jest ciągłość – mimo, że wiedzy jest coraz więcej i jest coraz bardziej wysublimowana. Społeczeństwo działa bardziej na zasadzie cykli: komunizm, liberalizm, komunizm, liberalizm i tak w koło. Można próbować to powiązać ze zmianą pokoleń. Jeśli rodzice żyli w systemie totalitarnym, to ich dzieci przede wszystkim pragną wolności, jeśli są już wolne, to ich dzieci pragną przede wszystkim równości – i tu znów pojawiają się idee marksistowskie. Nie wiem ile powyższe stwierdzenie ma wspólnego z teorią naukową – a nawet jeśli nie miałyby nic wspólnego – na pewno ludzkość ma problemy z wyciąganiem z wniosków z historii.

Wydawało się, że po 1945 roku ludzkość stanie się mądrzejsza, że zrozumie, że eksterminacja narodu nie jest czynem chwalebnym, a okrutnym i przerażającym. Wydawało się, bo jednak są wciąż ludzie, którym marzy się rozwiązanie terminalne i z wielką przyjemnością strzelaliby do innych. Można by jeszcze wiele pisać, ale zakończę wątek o imigrantach.

Niektórzy wiedzą, niektórzy nie – ale jestem zapalonym graczem. Grywam w dota2 (jedna z gier typu MOBA), po ostatniej aktualizacji bardzo łatwo wejść na czat dla graczy z okolicy – akurat mnie zawsze podłącza pod Polska – Warszawa. Bardzo dobrze! Sprawnie to zakodowali, bo z reguły gram z Warszawy. Mniejsza o detale. Wiecie jak łatwo na tym czacie przeczytać inwektywy na swój temat? Bardzo łatwo. Mało tego – niektórzy są w stanie obrazić całą Twoją rodzinę do trzeciego pokolenia wstecz. Zastopujmy. Wchodzisz na czat. Witasz się. Dowiadujesz się, że jesteś penisem, a twój dziadek do żyd, a twoja stara jest tak gruba, że maluje paznokcie u lakiernika. Wyobraźmy sobie teraz sytuację: wychodzisz ma miasto i zaczepiasz przypadkowych, nieznanych Tobie ludzi: Ej, ty debilu!, Chamie, pedale, Twoja stara… Nie, nie mam ochoty wymyślać inwektyw. Ciężko sobie wyobrazić taką sytuację? Oczywiście, że ciężko, oprócz sytuacji skrajnych nikt nie wyzywa na ulicy przypadkowych przechodniów. W internecie to norma – bariera gdzieś pęka, może jej w ogóle nie ma? Wrażenie anonimowości? Bzdura, ludzie od dawna nie są w sieci anonimowi. Raczej brak kultury. Nieumiejętność radzenia sobie z negatywnymi emocjami? Może błędy wychowawcze: dosraj mu, niech nie myśli, że jest lepszy. Nie wiem, nie mam pojęcia – ale się wypowiem. Problem ten niemal spędza mi sen z powiek.

Klikalność

Internet stał się jednym wielkim bilbordem. A w świecie reklamy liczy się zasięg – liczony w liczbie użytkowników. Cóż można powiedzieć – biznes tak działa. Kapitalizm tak działa. Jest podaż jest i popyt. Tylko tak się zastanawiam, czy twórcy internetu spodziewali się takiego kierunku rozwoju. Internet to w większości porno i koty (w pierwszym przypadku mówię poważnie, w drugim trochę żartuję). I kolejna bariera też padła – większość ruchu w sieci generują boty. Może to naturalne? Człowiek wszakże takiej ilości danych nie jest w stanie przetworzyć – całość treści w internecie – przypuszczam, że jest niewyobrażalna dla ludzkiego umysłu. Ciężko nawet przerobić jakiś jego wycinek – np. wszystkie dane zgromadzone na temat na przykład Metalliki. Oczywiście obok tego całego clickbajtu są inicjatywy godne podziwu i warte śledzenia, ot choćby wikipedia.

Powrócę do tego zasięgu, bo ma on niebagatelne znaczenie i wpływa bezpośrednio na tworzone w internecie treści. Pamiętacie zapewne czasy normalnych nagłówków w internecie? Pamiętacie! Jeśli urodziliście się przed rokiem 1990. W tej chwili ciężko o nagłówek w pełni oddający treść artykułu, a ludzie łapią się na: Zobacz co ta 15 latka robiła w szkolnej toalecie! Wykrzyknik (!) jest obowiązkowy. Niby wszystko jest ok. Jest tak zwane call-to-action, jest wzbudzenie zainteresowania użytkownika – no bo co mogła robić 15 latka w szkolnej toalecie? Mogła na przykład nakładać szminkę na usta. Ktoś jednak musi w takie linki klikać, spece od internetów nie wymyśliliby tego, gdyby nie było skuteczne – więc tu ewidentnie zawinili użytkownicy. Wolałbym by internet tak nie wyglądał. Ale to marzenie ściętej głowy. Jest coraz więcej słabych treści, która próbują zwabić użytkownika na przynętę na haczyku – im więcej wejść, tym większa liczba konwersji, tym większy hajs. A wiadomo, że z hajsem najlepsze są kanapki.

Blogerzy. Ech, ci to dopiero walczą o zasięgi. Różnie, ale rzadko z klasą. Najpierw kreują swój wizerunek – a to na obieżyświata zdobywcę Ameryki, a to na uber-trolla, a to na miłego chłopaka z sąsiedztwa, są też tacy, którzy budują swój wizerunek używając osób trzecich – synów lub córek. Oczywiście nie wszyscy robią to źle, tak jak nie wszystkie reklamy są beznadziejne, i nie wszystkie nagłówki są clickbajtami. Ale teraz mamy sytuację, że miły chłopak czyta na blogu słabe książki robiąc sobie bekę z autorki (i znajduję grupę docelową – my jesteśmy lepsi, bo robimy sobie bekę), uber-troll – inteligenty gość, który musi pisać ironiczne recenzje dzieł kultury, bo inne się nie czytają. A gdyby spróbował nie być trollem to treści, które wytworzył byłby prawdopodobnie smaczniejsze.

I tak koniec końców – albo zmieniłem się na tyle, albo internet zmienił się na tyle, że nie mam w nim co czytać. Coraz trudniej dotrzeć do treści – zabrzmię jak bufon – ale ambitnych. A nie tworzy się ich, bo ci którzy czytają ambitne treści pouciekali z internetu. I tu jeszcze słówko o pseudo-elitach internetów – nie może być elitą osoba, czy społeczność, której głównym zajęciem jest robienie sobie beki. Bo to mam wrażenie też chce mi się wmówić – że jak ktoś się śmieje z twórczości Jaśka Kapeli to jest z automatu o kilka klas wyżej. Zostawcie Jaśka Jaśkowi i jemu podobnym. To chyba nie jest takie trudne?

Lukrowane szczęście

To przeraża mnie najbardziej. Całe stada lajkoholików. Ludzie, którzy nie potrafią pracować bez włączonego fejsbuka i bycia non-stop online. Do tego ciągłe chwalenie się doskonałym życiem. Część zdaje sobie sprawę z tego, że to kreacja – w internecie dużo rzeczy można wykreować, ale część autentycznie wpada w stany depresyjno-lękowe. Proces myślowy jest następujący: inni mają tak super, wakacje na Majorce, wizyty w Nowym Jorku, a ja ledwo wiąże koniec z końcem. Chcemy się porównywać, chcemy mierzyć ten sukces, o który tutaj się rozchodzi. I jak wypadamy marnie na tle wirtualnych (!) znajomych – zaczynają się problemy. Mechanizm ten sprawa, że mam ciarki na plecach. Są ludzie, którzy szukają w sieci afirmacji, że są dobrymi rodzicami, że są dobrymi mężami, czy dobrymi żonami. Pewnego wieczoru pomyślałem sobie, że prawda nie potrzebuje afirmacji w przeciwieństwie do fałszu – do jakiejś formy udawania. I znów zrobię zastrzeżenie – niektórym udaje się te sosziale dobrze wyważyć, tzn. nie ma się odczucia, że ktoś błaga o lajki, a raczej chce po prostu dać znać znajomym o jakimś istotnym wydarzeniu.

A propos. Byłem ostatnio w Londynie. Porobiłem ładne zdjęcia, wrzuciłem na fejsa. Cudowne życie, prawda? Prawda jest taka, że mieszkałem na 6 metrach kwadratowych z drugą osobą, w pokoju nie było nawet biurka. No i nie było okien. Nawet sobie nie wyobrażacie jaki ten tydzień był męczący.

Takie mam właśnie wrażenie, wszyscy walczymy, a mało kto się do tego przyznaje, tworząc doskonały wizerunek w soszial mediach. A po nocy siedzi w kącie i płacze. Bo nie ma przyjaciół. A pustkę wypełniają lajki i to czasem dociera do świadomości. Obym się w swych wrażeniach mylił.

Myślę sobie: może to dobrze, że istnieję sobie na rubieżach internetu, niepokojony przez nikogo, bez własnego stadka hejterów, których musiałbym banować. Gdzie mogę sobie skrobnąć raz na jakiś czas jakiś post. Tak jest dobrze. A inny niech koszą hajs z kampanii reklamowych i książek (btw. czy ktoś czytał Thorn?).

More soszial, less human.

 

opalczynski

Siła. Masa. Piękno. Tak to się kończy, gdy mam napisać coś o sobie. Nie lubię. Po pierwsze - w momencie pisania staje się już nieaktualne. Po drugie - jak nie wyjść na buca? - niejako chwaląc się swoimi wyczynami. Podam zatem fakty. Magister inżynier. Ale to prawie żadne osiągnięcie. Zawodowo programista. Prywatnie mąż i ojciec. Bloger. W wolnym czasie dbam o to miejsce w sieci, czytam książki i pogrywam na gitarze. A, zapomniałbym - nie mam telewizora - dlatego też nie piszę o wspaniałych produkcjach polsatu.

 

2 thoughts on “Boję się internetów: więcej soszial, mniej człowieka

  1. „Wrażenie anonimowości? Bzdura, ludzie od dawna nie są w sieci anonimowi.” Ale wrażenie nadal mają, ludzie nie kierują się aż tak faktami w życiu. 🙂

  2. Dziękuję za ten artykuł, własnie zaczynam z grupa nastolatków prace nad spektaklem na ten właśnie temat „netu”i „znajomości w sieci”. Przemyślenia mam podobne.

Dodaj komentarz