Retrospekcja

Nazywam się Sebastian. W tym roku stuknęła mi trzydziestka. Idealny czas na retro – retro – retrospekcje. Wszystko zaczęło się w 1986 roku, gdzieś w małym miasteczku na Mazowszu. Dzieciństwo miałem szczęśliwe i właściwie tyle starczy na temat tego etapu. Potem przyszedł młodzieńczy bunt, był wyjątkowo łagodny. Żadnych chorych akcji. Nawet alkohol zacząłem pić dopiero w okolicy moich 17 urodzin – po kryjomu, na trzepaku – byłem już prawie dorosły. Mniej więcej wtedy zdałem sobie sprawę z wewnętrznego głodu, którego wciąż nie umiem wytłumaczyć. Dążenie do niezdefiniowanego celu. A może stąpanie po nieokreślonej drodze do konkretnego celu, którym dla nas wszystkich jest trumna. Różne mam rozmyślania na ten temat – w zależności od tego, którą nogą wstanę z łóżka oraz od tego czy aktualnie pada deszcz, czy świeci słońce. Niemniej w wieku tych 17 lat myślałem, że świat jest albo czarny albo biały. Lubiłem mieć radykalne poglądy. Teraz – dostrzegam całą gamę szarości. Motywacje różnych ludzi, dążenia różnych państw, korporacji – to wszystko powoduje, że żyjemy w gorącym tyglu i nie da się przewidzieć jaki będzie efekt mieszania substancji i sił.

Wstępy nigdy mi nie wychodzą 🙂 Dalej – na studia do stołecznego miasta – z tego okresu pamiętam i wbiło mi się w pamięć jak gwóźdź w deskę, że musiałem się utrzymać za osiemset złotych miesięcznie. Czterysta kosztowało życie w akademiku. Mało? Możliwe. Ale niektórzy nie mają nawet tyle. Miałem możliwość zawrzeć znajomości z naprawdę wyjątkowymi i wartościowymi ludźmi. Nauczyłem się myśleć (nieco szerzej). Oraz zasmakowałem życia wielkiego miasta – które czasem cieszy, czasem rozczarowuje. Szarości. Za to cytrynówka z mety na czternastym zawsze była smaczna.

Często wracam do tych ośmiuset złotych. W 2010 roku, na Placu Politechniki obiecaliśmy sobie z grupą znajomych, że za dwa lata (czyli w 2012) będziemy zarabiać 10k miesięcznie – nie udało się żadnemu z nas. Jeszcze nie wtedy. Dużo o pieniądzach? Dużo. Ale jest to taki cel, który stosunkowo łatwo zdefiniować i łatwo go gonić. Prawdą jest, że nikt nie zapłaci, ot tak, za specjalistę, który nie ma wiedzy – 10k. Więc taki cel zmusza do samorozwoju. U mnie to działa. Działa czas i zawziętość, choć moja żona zwykła mawiać, że jestem po prostu uparty (i być może tak właśnie jest i nie ma w tym nic a nic szlachetności). Czasem do przesady. Ale dzięki temu nie ma takiej trudności, której jeszcze bym nie pokonał. Przez te 10 lat – od momentu, w którym jako 19 latek przejechałem się pierwszy raz w życiu metrem – wydarzyło się wiele. Wiele rozczarowań. Nieudane związki, kryzysy osobowości, szukanie planu, celu i sensu. Wiele z nich mogło mnie złamać. Żadnemu się nie udało. Choć po niektórych rany wylizywałem latami.

Nie jestem wybitny. Właściwie w żadnej dziedzinie – umiem wszystkiego po trochu. Natomiast mam właśnie te dwie cechy, które są potrzebne by iść przez życie jak przecinak! Zawziętość, którą wspominałem i cierpliwość. Nie przyśpieszam wybiegu wydarzeń, czekam. Wykorzystuję okazje – kiedyś mniej, dziś – rozważam niemal każdą, która się natrafi. Wydaje mi się, że wiele osób ma w ogóle problem z dostrzeganiem okazji. Dla mnie stało się to czymś naturalnym. I bywa, że najbliższa rodzina uważa mnie za pracoholika. A ja po prostu lubię kodować przy sobocie czy niedzieli. Nikt nie zawraca głowy – i nie muszę ogarniać wielu codziennych spraw.

Spraw tych – urosło ostatnimi czasy. Jestem szefem (strasznie nie lubię tak o sobie mówić) – ale jestem inspiracją brzmi fatalnie. Zatrudniam w tej chwili 7 osób. Płacę im, ogarniam zlecenia, a do tego złapałem kontrakt z firmą zza oceanu – i moje marzenie się spełnia – będę pracował dla firmy z Silicon Valley. Za dolary. Z Warszawy. To jak wygrać życie po dwakroć. Swego czasu było na tym blogu sporo coachingowej papki. I okazało się, że ta papka działa. Jakbym miał się zastanowić – czemu to działa – to użyłbym trywialnej konstrukcji: połącz kropki. Jak wiadomo nie można przewidzieć rezultatów swoich decyzji – gdyby można było, nie nazywalibyśmy tego procesu – procesem decyzyjnym. Ot wybieralibyśmy najlepszą możliwą opcję według któregoś istotnego kryterium.

Które kropki uważam za najbardziej istotne? Być może komuś pomoże. Własna działalność otwiera oczy na wiele rzeczy (socjaliści mnie nienawidzą ;)). Przede wszystkim jako pracownik kontraktowy – jestem w stanie dostrzec obie strony medalu. Praktycznie nie jestem w stanie powiedzieć o swoich szefach złego słowa – bo teraz rozumiem, że w wyniku wielu zdarzeń, o których szary pracownik nie ma pojęcia – ich decyzje mają sens, a tylko pozornie wydają się niezrozumiałe. Zatrudnianie ludzi i obcowanie z nimi – to też jest niesamowity bodziec do rozwoju. Trzeba pomyśleć w jaki sposób tymi ludźmi zarządzać (tego słowa też nie lubię). Jak ich motywować (w to nie wierzę – pewne uproszczenie, wierzę, że ludzi można tylko inspirować). Wreszcie – poznaje się tych ludzi jak ludzi, a nie pracowników. To też rozwija.

Determinacja i cierpliwość. Tata od dziecka powtarzał mi by robić rzeczy najlepiej jak potrafimy. Nie wiele z tego rozumiałem – po co? Można przyjść do pracy, odsiedzieć swoje, zgarnąć pensję i wyjść. Można. Problem jest taki, że wtedy nie zostawiamy po sobie dobrego wrażenia. Kontakty i to w jaki sposób ludzie o nas myślą ma olbrzymie znaczenie. Nie zdobyłbym tego kontraktu w San Francisco, gdyby mój znajomy nie przesłał mojego CV do działu HR. A dlaczego to zrobił? Bo pracując ze mną przekonał się, że można na mnie polegać i że będę wartościowym członkiem zespołu. Najlepiej – jest trudno, najlepiej zakłada, że nie ma drogi na skróty, najlepiej zakłada, że każda czynność będzie wykonana na maksimum możliwości. Co samo w sobie może nie jest ekstremalnie trudne. Ekstremalnie trudne jest wymaganie od siebie (i pilnowanie) najlepszego możliwego standardu. Nie ma drogi na skróty.

Znajomości (NEPOTYZM! liberałowie mnie nienawidzą ;)). Człowiek jest z natury istotą społeczną. Nie ma się co obrażać na ten fakt. Należy go wykorzystać na swoją korzyść. Dbać o relacje z ludźmi. Być szczerym (wbrew pozorom to popłaca) – ja na przykład nie obiecuję klientom nieosiągalnych terminów – tylko po to by wypaść lepiej niż konkurencja. Trzeba sobie pozwolić na to, by krąg znajomych się rozszerzał. Wyjść czasem na niezaplanowane piwo, czy kawę. Dołączyć do spotkania przyjaciela, który organizuje imprezę z zupełnie innym kręgiem swoich znajomych – przekonałem się, że takie rzeczy są istotne. Nigdy, naprawdę nigdy nie wiadomo, co może wyjść z takich spotkań.

Okazje. Trzeba umieć je dostrzegać. I nie bać się ich wykorzystywać. Zdarzało mi się wiele razy odpuszczać zanim podjąłem jakiekolwiek działanie. Tłumaczenia typu – jestem za słaby, nie umiem tego, nie chcę się przeprowadzać do Dublina, wielokrotnie się pojawiały – i pojawiają się nadal. Sztuką jest by je zignorować i na chłodno przemyśleć rzeczy, biorąc pod uwagę wszystkie fakty, a nie wyimaginowane argumenty.

Och. Jak ja dawno nie pisałem. A teraz wypiłem kawę, słucham Metaliki – nostalgicznie z lat młodzieńczych. I pierwszy raz od dawna poczułem, że chcę się czymś podzielić. Że może komuś pomoże to, co tu piszę. A może nikomu nie pomoże. To tak naprawdę nie ma znaczenia. Prawdą zaś jest, że na bloga w tej chwili zupełnie nie starcza mi czasu (mimo tego, że był potencjał i w momencie gdy mój pojedynczy wpis zobaczyło 25k ludzi – zrozumiałem o czym i jak należy pisać), nie starcza mi czasu także na działalność na yt (sorry Michał), chciałbym by doba miała 72h – jest tyle ciekawych rzeczy dookoła, które można eksplorować. O których można się uczyć. Można też – siedzieć i narzekać – jaka to rzeczywistość, w której żyjemy jest trudna i niemożliwa do zaakceptowania.

Mógłbym Wam jeszcze opowiedzieć jak to nauczyłem się przez ostatnie 3 lata jako tako (czyli po chińsku) grać na gitarze, a u mojego znajomego leży ukulele od dwóch lat, które wziął do ręki raz w życiu. Upór. Cel, a potem droga. Ja postanowiłem jechać dalej. Pomacham Wam zza szyb. Sic! Znowu na wierzch wyszła moja zarozumiałość, którą tak skrzętnie staram się ukrywać.

A te osiemset złotych – nie zrozumcie mnie źle – to teraz grosze. Ale nie będę się za to wstydził – niektórzy prowadzą taką narrację – osiągnąłem to niemal sam. Wierzę, że egoizm czyni świat lepszym miejscem.

 

opalczynski

Siła. Masa. Piękno. Tak to się kończy, gdy mam napisać coś o sobie. Nie lubię. Po pierwsze - w momencie pisania staje się już nieaktualne. Po drugie - jak nie wyjść na buca? - niejako chwaląc się swoimi wyczynami. Podam zatem fakty. Magister inżynier. Ale to prawie żadne osiągnięcie. Zawodowo programista. Prywatnie mąż i ojciec. Bloger. W wolnym czasie dbam o to miejsce w sieci, czytam książki i pogrywam na gitarze. A, zapomniałbym - nie mam telewizora - dlatego też nie piszę o wspaniałych produkcjach polsatu.

 

Dodaj komentarz